Weekendowy wyjazd do Los Angeles. 3 niespodziankowe dni z okazji urodzin mamy. Wyruszyliśmy w piątek około godziny 17-tej i postanowiliśmy wykorzystać niemal każdą godzinę w mieście. Było to najbardziej intensywne zwiedzanie LA w moim wykonaniu, podczas którego 5 dni skondensowaliśmy do zaledwie trzech… Ale po kolei:

Lot na pokładzie LOTowskiego Dreamlinera (w dodatku historycznego i symbolicznego, bo o numerze LRA – oznaczającym pierwszą polską maszynę tego typu) był naprawdę fajny i godny polecenia. Całość trwała 12 godzin, które w dość sporej części przespaliśmy, wiedząc co czeka nas po przylocie. Na pokładzie pierwszy raz jadłem obiad w dość silnych turbulencjach, ciągle mieliśmy na nie pecha w ciągu kilku pierwszych godzin. Załoga i sam samolot super, jedzenie pyszne (uwaga: do wyboru gołąbki lub kurczak z kopytkami, po prostu wow!), sporo przekąsek, pyszne białe wino i na koniec kolacja. Chwilę przed podejściem do lądowania lecieliśmy nad samym Wielkim Kanionem, z bezchmurnym niebem i widokami, których ciężko doznać jakkolwiek inaczej. Dokładnie widzieliśmy kolejne warstwy kanionu i ogromne połacie piachu wokół niego.

Po wylądowaniu kontrola paszportowa przeszła sprawnie, a ja po raz pierwszy w życiu nie byłem o nic podejrzewany, nawet pozwolono nam obejść długą rozmowę z urzędnikiem. Wniosek: zwykle traktowano mnie jak przestępcę ze względu na Martę (niestety teraz pierwszy raz moja Martusia została w Polsce…). Wypożyczyliśmy samochód typu „compact” około godziny 21. Nasz „compact” okazał się być mini-SUVem, bo pracownicy pozwolili nam wybrać „jakiekolwiek auto zaparkowane w tamtej części, pod ścianą” – aż prosiło się zabrać 7-osobowego vana!

Wieczorem przejechaliśmy przez Downtown, wschodnią część wzgórz Hollywood i taką właśnie okrężną trasą dotarliśmy do Santa Monica. Zeszliśmy na molo, a następnie wyruszliśmy na północ, równolegle do Drogi nr 1. Zmęczenie nie pozwoliło nam dojechać aż do Santa Barbara, więc spaliśmy na parkingu przed jakimś McDonald’s. Trzy godziny snu i adrenalina wystarczyły, by pozyskać energię na kolejny dzień. Rano zwiedziliśmy okolicę bazy wojskowej, a następnie Malibu i od tego miejsca, kolejne domy, kolejnych gwiazd. Byli to między innymi Travis Barker, Joanna Krupa, Eddie Murphy, Elvis Presley, Nicolas Cage, Jim Parsons, Flea z Red Hotów, być może widzieliśmy nawet Madonnę, Muska i Murphiego w swoich samochodach! Co prawda nie potrafimy tego potwierdzić, ale prawdopodobieństwo jest, bo i miejsce, i samochody, i twarze do siebie pasowały 🙂 Następnie udaliśmy się pod napis HOLLYWOOD, na teren campusu UCLA, do Beverly Hills i na lotnisko w Burbank, gdzie oddaliśmy samochód.

Po nocy u mojego znajomego Abdiela, w North Hollywood, pojechaliśmy do Downtown. Począwszy od historycznego dystryktu i na Pershing Square skończywszy, zwiedzaliśmy po kolei atrakcje mimo chmur i chwilowego, delikatnego deszczu. Na szczęście po dotarciu pociągiem na plażę Santa Monica tak chmury, jak i deszcz poszły sobie od nas na dobre. Udało się przejść tutejszymi bulwarami aż do Venice Bech, gdzie (jak to w Venice) oglądaliśmy skaterów, siłaczy, biegaczy, akrobatów i tak dalej. Zobaczyliśmy też słynne kanały, a po powrocie o Santa Monica zaliczyliśmy ponownie molo. Ba, mama i Mateusz nawet rollercoastera! W ciągu tego dnia skosztowaliśmy meksykańskich potraw, corn doga, genialnych burgerów na molo i orzeźwiającego piwka w Venice. Mniam.

Dzisiejszy, ostatni dzień również należał do słonecznych. Cały spędziliśmy w Hollywood, a konkretnie w okolicy Alei Gwiazd i w licznych sklepach z pamiątkami. Weszliśmy też zobaczyć figury woskowe w muzeum madame, której nazwiska nie potrafię zapamiętać. Był też Chinese Theatre, Dolby Theatre (Oscary!), Amoeba Music, gdzie kilkadziesiąt dolarów wydałem na używane płyty CD, a całość zwieńczyła legenda jedynych, prawdziwie kalifornijskich burgerów. Jak stwierdził Abdiel: „Jeśli byłeś w Kalifornii, ale nie byłeś w In’n’Out, to tak naprawdę nie byłeś w Kalifornii”. Te zdanie idealnie pasuje do tego, co i ja o nich myślę. Po prostu pyszne, pyszne, kalifornijskie i jeszcze raz PYSZNE!!!!

Dojazd na lotnisko przebiegł bez problemu mimo trasy przez moje „ulubione”, czarne dzielnice (nie – nie jestem rasistą, choć zeszłoroczny, nocny przejazd zapamiętam na długo…). Także na lotnisku poszło szybko i sprawnie. Już czekamy na kolejny boarding i nasz lot LOTem 🙂

Pozdrawiamy!

 

Autorzy:Łukasz

Komentarze

Dodaj komentarz