Powitanie z Seulem

Po wylądowaniu na lotnisku Seoul-Incheon (ICN) czas przyszedł na… zwiedzanie! Nie. Nie tak prędko. Najpierw dość długa podróż pociągiem. Do wyboru był nowoczesny, magnetyczny Maglev i sporo tańszy, standardowy pociąg. Wybraliśmy właśnie ten drugi, co kosztowało nas około 16 złotych za osobę. Jak na prawie godzinną podróż, niedrogo! Co ciekawe, dowiedzieliśmy się, że magnetyczna ciuchcia na lotnisku w Seulu wcale nie jest tak szybka, jak mogłoby się wydawać. W odróżnieniu od japońskiego odpowiednika wersja koreańska osiąga zaledwie 110 km/h.

Po zameldowaniu w hostelu błyskawicznie ruszyliśmy w miasto. W kwestii zabytków postanowiliśmy dziś ograniczać się do tego, co we wschodniej części centrum najważniejsze: Namdaemun, Deoksugung i „oczywiście” Gyeongbokgung. Nic Ci te nazwy nie mówią? Spokojnie, nam też niewiele.

 

Koreańskie nazwy atrakcji…

Tutaj właśnie czas przychodzi na krótkie marudzenie podróżnika „z zachodu”. Warto zauważyć, a odkryłem to dopiero dzisiaj, że na zachodzie jesteśmy przyzwyczajeni do nadawania atrakcjom nazw wyjątkowych, charakterystycznych. Takich, które skutecznie wyróżnią je na tle innych. Kościół pod wezwaniem św. XYZ, rondo im. bohaterów jednego z powstań, wieża Mariacka, Piastowska, Eiffla, Rockefellera, czy Trumpa… Teraz zostawmy te nazwy z koreańskimi. Na pewno mają one zupełnie różniące się od siebie znaczenia, doskonale znane mieszkańcom tego kraju, ale dla obcokrajowców wiele brzmi naprawdę podobnie lub prawie identycznie (znacznie bardziej niż te wymienione powyżej). Czasem różnią się dwiema literami, a żeby było śmieszniej, potrafią mieć kilka nazw własnych: na przykład oficjalną, historyczną i potoczną, używanych niemal dowolnie, nawet na niektórych oficjalnych mapach miasta. Koreańczycy zapewne doskonale się w tym wszystkim łapią, ale my – wychowani w innej kulturze, bardziej różnorodnie dobierającej brzmienia słów, całkowicie w tym się gubimy. Co więcej, koreańskie nazwy własne nie są tłumaczone na język angielski, co dodatkowo utrudnia nawigowanie.

przesuń

Na szczęście, za sprawą aplikacji na telefonie i odrobinie orientacji w terenie, wszystkie wybrane na dziś zabytki było nam dane zobaczyć. Okazały się być podobne do japońskich, a jednak nieco inne, bardziej przyziemne, dostępne, mniej celebrowane, mimo swojego uroku. Tworzą piękne tło dla gwarnego, pnącego się w górę, szklanego miasta. Zupełnie jakby nie miały być głównym powodem jego odwiedzin. Przykładowo, czternastowieczna brama wjazdowa do miasta stoi pośrodku ronda, wyglądając bardziej jak jego okazała ozdoba, a nie cel wizyty sam w sobie. Z kolei na placu największego z pałaców aż roi się od turystek, które przybyły na niego prawdopodobnie tylko po to, by przebrać się w tradycyjne, folklorystyczne stroje, a następnie poprosić koleżanki o uwiecznienie kreacji, skądinąd naprawdę przepięknej, na Instagramie.

Jeśli po pierwszym dniu pobytu mielibyśmy wskazać, za co lubimy Seul i co w nim polecamy, to nie byłyby to zabytki (choć nadal warto je zobaczyć!), ale tutejsza codzienność: kulinarne zapachy, absolutnie egzotyczne dla nas smaki, cukierkowa atmosfera kiczowatych straganów z gadżetami i muzyką k-pop, uderzająca mieszanina nowoczesności z gwarem i swego rodzaju brudem, typowym dla azjatyckich, gęsto zaludnionych miast… słowem: atmosfera. To ona w Seulu jest najbardziej fascynująca, przynajmniej póki co.

 

Jak powitał nas Seul? Zobacz to na naszym insta-filmie! 🙂

Dlatego właśnie, modyfikujemy swoje plany i jutro, zamiast odwiedzać pałace, parki, skanseny i muzea, odwiedzimy… pałace, parki, skanseny i dzielnice handlowo-rozrywkowe. Tak, poświęcamy muzeum wojny na rzecz imprezowych dzielnic („jak tak można…?!”, chciałoby się rzec). Ewidentnie to w Seulu zafascynowało nas dziś najbardziej. Miasto zachwyciło nas za dnia, a nocą po prostu powaliło na kolana! Jutro czeka nas tylko więcej…

 

Więcej zdjęć z dzisiaj

Komentarze

Dodaj komentarz