Seul w 3 dni: zaczynamy zwiedzanie!

Po wylądowaniu na lotnisku ICN, czas przyszedł na… zwiedzanie! Najpierw jednak dość długa podróż pociągiem. Do wyboru był nowoczesny superszybki Maglev i sporo tańszy, standardowy pociąg. Wybraliśmy właśnie ten drugi, co kosztowało nas około 16 złotych za osobę. Jak na prawie godzinną podróż, do przeżycia! 🙂

Po zameldowaniu się w hostelu, błyskawicznie ruszyliśmy w miasto. W kwestii zabytków postanowiliśmy dziś ograniczać się do tego, co we wschodniej części centrum najważniejsze: Namdaemun, Deoksugung i „oczywiście” Gyeongbokgung. Nic Ci te nazwy nie mówią?? Spokojnie, nam też niewiele.

Tutaj właśnie czas przychodzi na krótkie marudzenie podróżnika „z zachodu”. Warto zauważyć, a odkryłem to dopiero dzisiaj, że my jesteśmy przyzwyczajeni do nadawania atrakcjom nazw wyjątkowych. Takich, które skutecznie wyróżnią je na tle innych. Kościół św. XYZ, rondo im. bohaterów jakiegoś powstania, wieża Eiffla, czy Rockefellera… Na pewno koreańskie nazwy mają zupełnie różniące się od siebie znaczenie, doskonale znane mieszkańcom tego kraju, ale wiele brzmi naprawdę podobnie (znacznie bardziej niż te wymienione powyżej). Czasem różnią się dwiema literami, a żeby było śmieszniej, potrafią mieć kilka nazw własnych: oficjalną, historyczną, potoczną, używanych niemal dowolnie, nawet na niektórych mapach miasta. Koreańczycy za pewne doskonale się w tym wszystkim łapią, ale my – wychowani w innej kulturze, zupełnie inaczej dobierającej brzmienia słów, całkowicie w tym się gubimy.

Niemniej za sprawą aplikacji na telefonie i odrobinie orientacji w terenie, wszystkie główne zabytki było dziś nam dane zobaczyć. Są podobne do japońskich, a jednak nieco inne, bardziej przyziemne, dostępne, mniej celebrowane, mimo swojego uroku. Tworzą jakby tło dla pnącego się w górę, szklanego miasta, a nie główny powód jego odwiedzin. Przykladowo, czternastowieczna brama wjazdowa do miasta stoi po środku ronda, a na placu największego z pałaców aż roi się od przebranych w ludowe stroje turystek, pozujących do kolorowych zdjęć na Instagramie.

Jeśli po pierwszym dniu pobytu mielibyśmy wskazać za co lubimy Seul i co w nim polecamy, to nie byłyby to zabytki (choć nadal warto je zobaczyć!), ale tutejsza codzienność: kulinarne zapachy, absolutnie egzotyczne dla nas smaki, cukierkowa atmosfera tutejszych straganów z gadżetami i muzyką k-pop, uderzająca mieszanina nowoczesności z gwarem i swego rodzaju brudem, typowym dla azjatyckich, gęsto zaludnionych miast… słowem: atmosfera. To ona w Seulu  jest najbardziej fascynująca.

Dlatego właśnie modyfikujemy swoje plany i jutro, zamiast odwiedzać pałace, parki, skanseny i muzea, odwiedzimy pałace, parki, skanseny i dzielnice handlowo-rorywkowe. Tak, poświęcamy muzeum wojny kosztem imprezowych dzielnic („jak tak można…?!”, chciałoby się rzec). Ewidentnie to w Seulu zafascynowało nas dziś najbardziej. Miasto nocą po prostu powaliło na kolana! Jutro czeka nas tylko więcej…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: