Tym razem Pekin. Wyjazd pracowniczy, nieturystyczny, ale może uda się coś zobaczyć, posmakować, a przede wszystkim uchwycić ducha Chin i kulturę tego potężnego, zmieniającego się w mgnieniu oka kraju. Lecę zaledwie na parę dni, ale i tak coś zobaczę, choćby kosztem spania!

Lot do Pekinu – jak wygląda?

To już powoli tradycja, bo chyba za każdym razem wyruszając w podróż samolotem, począwszy od 2013 roku, siedzę w fotelu i spisuję spostrzeżenia na bieżąco, dopisując co jakiś czas w notatniku coś, co wpadło mi w oko. I tak aż do wyjścia z lotniska. Potem cały dzień będę w ruchu i dopiero leżąc w łóżku zacznę opisywać przeżyty dzień. Więc w sumie lubię tak lecieć i na bieżąco pisać, używając czasu teraźniejszego. To może nic specjalnego, ale z jakiegoś powodu robię tak zawsze i teraz dodaje mi to sporo uśmiechu na twarzy. Czuję trochę trudne do opisania zapętlanie tych wszystkich wyjazdów… Jakby połączenie  podobnych startów i odczuć na pokładzie samolotu. Nie wiem czy ma to sens po drugiej stronie monitora? Jeśli nie, wybaczcie, może to wina wina… 🙂 tak, czy inaczej, jest godzina 15:47 i od jakichś 25 minut jestem w powietrzu. Czekam na obiad, a przede wszystkim ciastko z mango. Tak, z MANGO! Nie mogę się doczekać.

Godzinę później jestem już najedzony. Azjatyckie przekąski, pyszny obiad (do wyboru polski lub chiński), wspominane ciacho z mango, miętą i truskawkami – och ach, było super. Najważniejsze, moi drodzy – muzyka. Należę do tej nielicznej grupy podróżnych, którzy zamiast oglądać filmy na pokładzie, słuchają muzyki. Dlaczego? Bo w systemie rozrywki pokładowej jest mnóstwo albumów, o których istnieniu nie mam pojęcia. To rzadka okazja, żeby przez tak długi okres czasu (8 godzin) wyjść poza swoje ulubione playlisty i dać się zaskoczyć czymś nieznanym. Zawsze wracam z listą najciekawszych artystów. Tym razem poznałem między innymi The Monkees, a konkretnie ich album „Good Times! (Deluxe)” – co to jest za album! Przepiękne brzmienie. Jak bardzo chciałbym teraz siedzieć z kimś bliskim i się tym podzielić… Znakomita muzyka. Polecam każdemu. Poprawi humor, przeniesie do beztroskiego świata sprzed ponad pięciu dziesięcioleci. (PS.: Martuś – jeśli nie wiesz czym mnie przywitać na lotnisku, to już wiesz. Ten album jest naprawdę boski). Good times!

To właśnie brzmienie umila mi pracę na komputerze. Edytuję zdjęcia z naszych wspólnych podróży, które wrzucamy na serwisy stockowe (hej, przecież z czegoś trzeba utrzymać tę stronę!). I tak mijają kolejne godziny nad chmurami… więc uwaga: kupując nasze fotografie, nie tylko otrzymujecie wspaniały materiał z prawami do dalszego wykorzystania, ale także zdjęcie, które zostało zrobione w jednym kraju, a edytowane było na wysokości 10.000 metrów, w drodze do innego! Zdjęcie – podróżnik, z własną historią 😊

Po ośmiu godzinach w powietrzu, ląduję w Pekinie. W ogóle niewyspany. Nie potrafiłem skupić się na zaśnięciu… Nie drzemałem nawet chwili, ale za to przygotowałem do sprzedaży sporo dobrych zdjęć, więc jestem zadowolony. Ląduję nad rozświetlonym miastem, pełnym szerokich dróg, oplatających ogromne ciemne plamy, wyglądające trochę jak czarne dziury w filmach dokumentalnych – zupełnie bez niczego, ani promyka światła. To pewnie wciąż śpiące osiedla. Teraz w Chinach jest wczesny poranek, około szóstej. Z czasem miasto się dogęszcza, a czarne dziury stają coraz rzadsze i mniejsze. Lecimy nad centrum. Rozpoznaję po charakterystycznym układzie ulic. Widać niezwykle szerokie autostrady, okalające główną część metropolii. Świateł jednak wciąż niewiele, zupełnie inaczej niż na przykład nad Los Angeles. Mimo to widać jak na dłoni, że miasto jest przeogromne.

Minęliśmy centrum i zbliżamy się do lotniska. Samolot leci nisko, coraz niżej, znów nad czarnymi dziurami. Widzę nowoczesny terminal, podświetlony na czerwono. Lądujemy. Dokładnie o 06:19 lokalnego czasu. To oznacza, że po nieprzespanej nocy, dzień na pewno będzie obfitował w niewiarygodnie drogą tu kawę. A jaki ten dzień będzie? Zobaczymy.

Inny świat… co zaskoczyło mnie w Pekinie? 

Mój pierwszy dzień w Chinach. Wieczór. Internet blokowany. Byłem zbyt zmęczony, by z tym walczyć. Dopiero teraz, kolejnego ranka podłączyłem się przez tak zwany VPN. Czeka mnie napięty dzień. Zanim jednak, to krótko opiszę wczorajszy. Jak wiadomo, zaczął się od lądowania w stolicy Chin. Samo lotnisko (PEK) jest bardzo duże, tłoczne, ale wszystko przebiegło sprawnie. Dojazd do hotelu zajął sporo czasu, bo prawie dwie godziny. O 15-tej musiałem być w innym miejscu, na spotkaniu, więc cały ten czas pomiędzy (około 4 godzin) poświęciłem na dogrywanie kilku spraw, związanych z pracą, i obiad. Pyszny, pachnący, egzotyczny, po prostu chiński. Pozwiedzałem chwilę dopiero wieczorem. Raptem godzinę, może dwie. Uderzyło mnie, jak wyraźnie w ścisłym centrum sowiecki komunizm miesza się z nowoczesnością i typowo orientalną kulturą Chin. Co ciekawe, całość była nieco podobna do Seulu, który odwiedzaliśmy z Martą kilka miesięcy wcześniej, a jednak liczne nawiązania do komunizmu nadawały całości zupełnie innego wizerunku i atmosfery. Na swój sposób bardzo to ciekawe, choć początkowo czułem się dziwnie. Jak w zupełnie innym świecie.

 

No to konkretnie: co zaskoczyło mnie w Pekinie? Oto wybrane notatki, które prowadziłem w ciągu całego dnia:

  1. Blokada internetu – naprawdę blokuje się tu Facebooka, Google i wiele innych serwisów. Trudno to obejść, bo aplikacje oszukujące zapory działają przez chwilę i też się blokują.
  2. Mini rowery – tutaj rowery mają mini-koła! Takie malucieńkie. Zabawnie to wygląda.
  3. Na ulicach – stare taksówki, mnóstwo nowoczesnych samochodów prywatnych i potężny ruch.
  4. Blokowiska mieszają się z supernowoczesnymi budowlami. Dosłownie wszędzie.
  5. Chodniki są zadbane i czyste. Pekin w całe nie wygląda tak brudno, jak się spodziewałem. Jestem pod wrażeniem.
  6. Wszędzie kamery. Dosłownie. Na słupach często kilka obok siebie. Parę metrów dalej kolejne…
  7. Telewizja jeszcze gorsza od naszej. Nie da się tego oglądać. Najpierw wielogodzinna relacja z obrad przywódców (głos przywódców wyciszony, lektor opowiada co dzieje się na sali…), a potem teleturniej, w którym rodziny rywalizują o to, która ma więcej talentów. Rzucali kapeluszami, grali na fujarkach, nie dało się oglądać.
  8. Przyciemniane przednie szyby w samochodach – już gdzieś to widziałem… Ciekawe.
  9. Słaby angielski. Trudno się dogadać.

Najważniejsze atrakcje w centrum Pekinu

W trakcie kolejnych dwóch dni pracowałem, właściwie od rana do wieczora, z krótkimi przerwami. Nie wchodząc w szczegóły, sporo się działo. Najważniejsze: znowu troszkę pozwiedzałem i znowu troszkę pojadłem… 🙂 Na szczególną uwagę zasługuje restauracja 羲和雅苑烤鸭坊, przy ulicy Xinyuan South Road. Wystarczy wrzucić w googla, by zobaczyć mapkę. W Pekinie dołączyła do naszego zespołu dawna mieszkania Pekinu, która sama potwierdziła, że rzadko spotyka tak pyszne potrawy, w całkiem dobrych cenach. To chyba najlepsza rekomendacja.

W trakcie tych dwóch dni udało się też zobaczyć centrum miasta za dnia. Tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to absolutnie fascynujące miejsce, pełne kontrastów, które chciałbym jeszcze kiedyś poznać nieco bliżej. Za dnia zwiedziliśmy Zakazane Miasto (choć niestety bardzo prędko), okoliczne uliczki, place targowe, sklepy z pamiątkami i oczywiście – bary z chińskim jedzeniem. Mijaliśmy Mauzuleum Mao Zedonga, Bramę Na Wprost Słońca, liczne, wąskie uliczki Hutong, a także przepiękny, gwarny obszar na południe od bramy Zhengyang Bridge. Mimo styczniowego mrozu, pogoda dopisywała i podobało się nam chyba dosłownie wszędzie. Widok drapaczy chmur na horyzoncie, stanowiący tło dla orientalnych zabytków, umieszczonych na planie zabudowy, typowym dla Nowej Huty, potrafi zaskoczyć i naprawdę fascynuje.

przesuń

Pekin – Daxing: najnowocześniejsze lotnisko świata

W trakcie pobytu dwukrotnie byłem też na nowym lotnisku PKX, w miejscowości Daxing – na południe od Pekinu. Chińczycy chwalą się, że to najdoskonalsze lotnisko świata, pod każdym możliwym względem. Trzeba przyznać, że mogą mieć w tym trochę racji, bo po prostu powala na kolana: ogromem, spektakularną architekturą, a przy tym wszystkim swego rodzaju komfortem. Wszędzie jest blisko, choć w rzeczywistości daleko. Wszędzie czuć przestrzeń, ale nie przytłaczającą. Jest jasno, przyjemnie, luksusowo, ale bez przesadnej ekstrawagancji. Po prostu w sam raz. Jedynym minusem zdaje się być odległość od centrum miasta, która wynosi ponad 40 kilometrów, co w połączeniu z chińskimi korkami na drogach, nie jest niczym przyjemnym. Niemniej jednak, bardzo się cieszę, że było mi dane zobaczyć tę konstrukcję, aż dwukrotnie, w dodatku dzięki pracy, również zza kulis… 🙂

 

Komentarze

Dodaj komentarz