Z “rana” (koło południa) wybraliśmy się do kolejnego magicznego miasteczka, będącego częścią Puebla. Tam odwiedziliśmy piramidę, która istnieje, ale której nie widać. Jest zasypana i zarośnięta tak, że wygląda jak wzgórze. Na jego szczycie Hiszpanie po inwazji na te tereny postawili kościół.

Sama piramida jest największą na świecie piramidą pod względem wielkości podstawy. Co ciekawe, można do niej wejść. Przez kilkanaście minut krążyliśmy po wąskich tunelach, które przeprowadziły nas z jednej strony “wzgórza” na drugą. Fajne przeżycie. Następnie na jednym z tarasów w okolicy wypiliśmy pradawny trunek Pulque. Do tego totopos z błękitnej kukurydzy i najostrzejszy sos jaki jadłem. Płakałem. Ale było warto! 🙂

Następnie wybraliśmy się na piwko do pubu wbudowanego w kontener. Fajny pomysł. David z Aną zabrali nas na potężne koło widokowe, z którego widać było całe miasto nocą.

Jutro mamy jechać dalej, ale czekamy na Ricardo, który nie wie o której będzie w stanie do nas dołączyć…

Pozdrawiamy!

Komentarze

  1. Beata
    10 listopada, 2017

    Wszystko pięknie ale to jedzenie na ostatnim zdjęciu nie wygląda szczególnie zachęcająco 🙂

  2. Łukasz
    10 listopada, 2017

    A było pyyyyszne!

Dodaj komentarz