Wczorajszy dzień mocno nas wymęczył. Rano wstaliśmy, aby odwiedzić cenotes – podziemne jeziora pełne stalaktytów, przyjaznych rybek, nietoperzy i pięknego koloru wody. Całość oświetlana jest naturalnym światłem, wpadającym w głąb przez dziurę w ziemi. Na półwyspie podobnych miejsc jest 10 tysięcy, a powstały one na skutek przesunięcia się granicy oceanu. Tak przynajmniej twierdzi Ivan! 🙂

Następnie pojechaliśmy do perełki meksykańskich zabytków i jednego z cudów świata: obszaru archeologicznego Chichen Itza. Nie zwiedzaliśmy go w pełnym komplecie, bo wejściówki okazały się być zgodne z naszymi przewidywaniami (czyli po prostu kosmicznie drogie). Trzeba jednak przyznać, że warto. Może nie zostaliśmy z zachwytu powaleni na kolana, ale faktycznie dało się poczuć oryginalność tego miejsca. Piramida niezwykle proporcjonalna, wiele obiektów (np. obserwatorium astronomiczne) świadczyły o faktycznej potędze intelektualnej tamtejszych ludów.

Muszę też wspomnieć o zaskakującym fakcie. Otóż o ile tłumu turystów i sklepikarzy się spodziewaliśmy, o tyle NIE spodziewaliśmy się kompletnie, że będziemy z nimi rozmawiać po… polsku! Pierwszy raz nikt nie mylił nas z Niemcami. Od razu pytano, czy jesteśmy z Polski (Marty uroda i sukienka w kwiatki…) i na wejście oferowano “niższe” ceny z opisami “tanio”, “niedrogo”, “Polska!”, “jak się masz?” 🙂 Po całym pobycie widać, że jesteśmy w tym kraju niesamowicie szanowani. Wszyscy kojarzą Papieża i szczerze go podziwiają, wszystkim nasz kraj kojarzy się z czymś dobrym, pozytywnym i ciekawym. Kilkukrotnie spotkaliśmy się z tekstami w stylu “cena dla Amerykanów to 400 pesos (i faktycznie taka była), ale Polaków muszę potraktować inaczej, więc oferuję cenę jak dla Meksykanów: 200”. Nawet jeśli to kiepski żart, fajnie coś takiego usłyszeć. Niesamowite jest też to, że wreszcie Polacy zaczynają być traktowani jak prawdziwi członkowie turystycznej Europy. Wreszcie jest nas dużo!!! Podczas całego pobytu spotkaliśmy się z językiem polskim pięciokrotnie. Dodatkowo w hostelu w Los Angeles właściciel opowiadał, że ostatnio sporo Polaków go odwiedza. Nie wierzyłem. Ale następnie w hotelu w San Cristobal okazało się, że kolejna grupa z naszego kraju chwilowo tam pomieszkiwała. Nad wejściem do luksusowego hotelu w Puebla widniały flagi: Meksyku, USA, Hiszpanii, Niemiec i… tak, nasza. W restauracji z ośmiornicami w Playa del Carmen kelner gdy tylko zobaczył mój dowód zapytał czy to polski. Powiedział, że chyba zaczął się u nas sezon, bo ostatnio odwiedzają go często Polacy, Słowacy i Niemcy… Wszystko więc pomalutku idzie w fajnym kierunku i bardzo pozytywnie świadczy o naszym kraju. Chyba zacznę bardziej doceniać pewne rzeczy w naszej makroekonomii… 🙂

Zacznę też bardziej doceniać wszystko to, co na co dzień tak bardzo mnie wkurza w nas samych. Bo nie jesteśmy najbardziej sympatycznym narodem świata, mamy ekstremalnie niską jakość polityki, często musimy narzekać na dziury w drogach, niestety ciągle  musimy narzekać na poziom życia, zwłaszcza materialny… Ale po 3 tygodniach w BOGATYM jak na kraje obu Ameryk Meksyku mogę chyba stwierdzić, że jakoś to wszystko u nas trzyma się kupy. Nie jest idealne, ale nadal czuć wiele różnic pomiędzy biedniejszą częścią Europy, a bogatszą częścią Ameryki łacińskiej. Jeśli zaczniemy masowo podróżować, to być może zaczniemy też iść w idealnym kierunku. Gdy uda nam się docenić to, co mamy obecnie oraz wdrażać u siebie to, co dobre za granicą, na przykład w  Meksyku, nasz kraj będzie naprawdę niesamowity.

Koniec z filozofią.

Dziś wylądowaliśmy w moim ukochanym Los Angeles. Z różnych względów o kilka dni wcześniej, niż planowaliśmy. Rozpoczynamy totalny relaks, bo wyprawa po Meksyku okazała się niesamowicie bogata w emocje, przeważnie niezwykle intensywne i pozytywne! Trzeba się więc wyciszyć pod palmą… 🙂

Aha… relaks relaksem, ale zbliża się czarny piątek… Myślę, czy nie kupić sobie tego ulubionego perfumu taty. Ale sam nie wiem, pomyślę jeszcze czy chcę. No i ciuchy. Dużo ciuchów! I plecak, żeby gdzieś je pomieścić. Relaks…

Pozdrawiamy!

PS.: Musimy przemyśleć jak się spotykamy po naszym powrocie. Może uda się przyjechać do domu na weekend, a potem razem wrócić do Krakowa i spędzić jeszcze wspólnie popołudnie lub dwa? Mateusz, Ty wracasz na pierwszy weekend grudnia?

Już troszkę za Wami tęsknimy… I za Ivanem też… 🙂 i zjedlibyśmy schaba… i pierogi… (tak, to aluzja!!)

Na zdjęciach: ostatnie chwile w Meksyku oraz widok na Joshua National Park (tak mi się na 99,99% wydaje) i lotnisko LAX.

Komentarze

  1. Beata
    20 listopada, 2017

    Super, że jesteście już w LA. To tak , jakby trochę bliżej domu 🙂 Po tym wpisie, nasuwa mi się pewne przemyślenie…. Martusia w swojej sukience w kwiatki to nasze dobro narodowe 😀 .Poza tym, no cóż, aluzję zrozumiałam, dajcie tylko znać, na kiedy mam kupować mięcho 🙂

    Relaksujcie się pod tymi palmami, pozdrawiam, pa pa

  2. Łukasz
    20 listopada, 2017

    Martusia to nasze dobro narodowe niezależnie od ubioru 😀 co do mięcha – no to pytam właśnie kiedy się spotykamy!! Przegadaj z Ewą czy pasuje Wam taka opcja, jak powyżej 🙂

Dodaj komentarz