Nie pisałem przed spaniem bloga, bo byliśmy w domu dość późno. Zresztą co tu opisywać… cały dzień leniuchowaliśmy… 🙂

Z rana wczytywaliśmy Santa Monica Beach. Okay, wcześniej jeszcze odwiedziliśmy z zewnątrz znaną polską restaurację w tej dzielnicy i sklep Apple. Ale z tego drugiego szybko uciekliśmy, w obawie o zdrowie (ile tam było ludzi!!!)

Następnie tajniackie piwko i plaża, plaża, plaża… Popołudniem zwiedziliśmy kanały w tutejszej Wenecji (Venice) oraz Marinę Del Ray. W międzyczasie skosztowaliśmy tutejszej pizzy, która może odstaje od nowojorskiej, ale nadal cieszy smakiem. Kolejną potrawą były tradycyjne, amerykańskie corn-dogi, czyli parówki w panierce na patyku. Pierwszy raz jedliśmy to legendarne i jakże „wykwintne” danie, ale bardzo pozytywnie nas zaskoczyło! Wczesnym wieczorem pojechaliśmy do centrum handlowego Beverly Center. Tam z kolei degustowaliśmy burgery. Fatburgery. Wow. Pyszne. Nadal In’n’out jest nr 1, ale Farburger naprawdę serwuje olbrzymie, mięsiste porcje. I o dziwo wcale nie takie tłuste!

Ostatni punkt programu to oczywiście zakupy. Najważniejsze: nabyliśmy nowy plecak, w dobrej cenie, porządny. No i ciuchy, aby stopniowo go już wypełniać. Jeśli po powrocie braknie nam kasy, przez miesiąc będziemy zmuszeni żyć bez dachu nad głową. Ale za to w markowych ubraniach! 😀

PS.: Wczoraj widzieliśmy w metrze Spider-Mana. Prawdziwego!

Dziś wzgórza Hollywood, znów w wersji mało-turystycznej :)PS

Autorzy:Łukasz

Komentarze

Dodaj komentarz