Dziś na miasto wyszliśmy już przed ósmą. Wcześniej wypiliśmy herbatę na werandzie hostelu ciesząc się tym, że nawet o wschodzie słońca rozkoszować się można ciepłem i przewiewnością krótkiego rękawka 🙂

Na dziś zaplanowaliśmy centrum po mojemu, czyli tam, gdzie niekoniecznie zaglądają turyści. Bo mam urodziny i takiego zwiedzania właśnie chciałem doświadczyć 😀 zaczęliśmy od MacArthur Park. Widoki kosmiczne. Drapacze chmur o wschodzie – niesamowite. Od razu poczuliśmy, że chcemy tu zamieszkać!!! Czyli wrażenia z pierwszego pobytu dość szybko się powtórzyły i potwierdziły. Na śniadanie pyszne, sycące tosty: Marta z “boczusiem”, a ja z wołowiną. Następnie wkroczyliśmy pewnym krokiem w Downtown. Wieżowce najpiękniejsze na świecie, choć utrwalony na miliardach zdjęć skyline został nieco zaburzony przez najnowszą budowlę, jeszcze wyższą od wieloletniego rekordzisty, US Bank. Trochę szkoda, ale cóż: nie można stać w miejscu.

Spoglądając na drapacze wypiliśmy kawę w Starbucksie. Przeszliśmy się w okolicach hotelu Westin, Pershing Square, oczywiście mojego ulubionego US Bank, a następnie skierowaliśmy się na Broadway zobaczyć lokalne targowisko. Chwilę później przyszedł moment na jeden z gwoździ programu: ratusz. Choć miasto zbyt głośno się tym nie chwali, na jego szczycie znajduje się świetny taras widokowy, wolny od tłumów turystów i darmowy. To, co z niego widać jest nie do opisania. Hollywood, Downtown, El Puebla, autostrady, wzgórza…. Super. Przeszliśmy się historyczną ulicą miasta, zerknęliśmy na teren dawnej misji hiszpańskiej, poczuliśmy wyraźnie klimat gwarnego Meksyku. Tutejszy festyn był niezwykły. Wszyscy oszaleli na punkcie święta zmarłych.

Kierując się na północ przeszliśmy do Chinatown, takiego najprawdziwszego (nie tylko turystycznego), który faktycznie jest rozległy i autentyczny. Wypiliśmy tzw. bubble tea i zregenerowani ruszyliśmy na podbój stadionu Dodgersów. Siedziba tej legendarnej drużyny baseballowej, mimo że oddalona o parę kilometrów od centrum i wymagająca przejścia przez góry w 40-stopniowym upale, jest warta odwiedzenia. Widok z najwyższych trybun po prostu powala na kolana…

Po wizycie na stadionie zjedliśmy cheesburgery w lokalnej, typowo amerykańskiej knajpce przy Sunset Boulevard. Mniam. Następnie piękny Echo Park, mniej znany park Vista Hermosa, zakupy w supermarkecie i powrót do hostelu… Jutro o 4:45 pobudka. Szybki prysznic i jedziemy wypożyczyć samochód na muzyczną trasę do San Diego!

Dziękuję za wszystkie życzenia. Pozdrawiam!!

PS.: 3 ostatnie zdjęcia nie na swoim miejscu 🙂

Komentarze

Dodaj komentarz