Seul w 3 dni: lot do Korei Południowej

Przelot z Warszawy do Seulu trwa około 10 godzin. W tym czasie, z zawrotną prędkością, samolot przemieszcza się w stronę zupełnie innego świata… dosłownie i w przenośni. Już samo wejście na pokład pozwala zapomnieć, że wciąż jeszcze jest się w Warszawie! Ale po kolei.

Poszukując rocznicowych inspiracji kilkukrotnie zmienialiśmy nasze plany na wrześniowy urlop. Miała być wymarzona Toskania, ale trochę za mało czasu. Miały być polskie lub słowacki Tatry, ale trochę zbyt często odwiedzane i wcale nie takie tanie. Finalnie, zdecydowaliśmy się ponownie “chwytać dzień”, zostawiając finansowo-rozsądkowe rozważania na później. Decyzja zapadła: Korea. Ta mentalnie bardziej zachodnia. Czyli Południowa.

Bardzo długo nie byliśmy pewni wyjazdu, więc nasze merytoryczne przygotowania rozpoczęły się dopiero na parę dni przed lotem. “Skoro amerykańskie podróże byliśmy w stanie organizować w kilka dni, to jedno azjatyckie miasto tym bardziej nie będzie stanowić problemu” – pomyślałem. Nic bardziej mylnego. Znikome doświadczenie w azjatyckich realiach, koreański alfabet i niewiarygodnie bliskobrzmiące nazwy atrakcji bezlitośnie atakowały moją nerwową granicę wytrzymałości. Padło więc z moich ust zdanie: “Marta… ależ te nazwy atrakcji są męczące. Już brakuje mi sił.” (wersja mocno ocenzurowana) i cóż… zdecydowałem się zakończyć swoją przygodę z organizacją wyjazdu. Poległem, zostawiając Martę na polu walki, zupełnie osamotnioną. Na szczęście nie poddała się, więc mamy konkretny zarys planu i wiemy, co zamierzamy począć ze sobą po wylądowaniu na koreańskiej ziemi.

Najpierw jednak słów kilka o samym locie, choć to przygoda warta oddzieonego wpisu lub artykułu. Zwykle tak jest, że o ile wejście na teren lotniska jest swego rodzaju symbolicznym początkiem podróży, to ze względu na papierologię, zamieszanie przy kontroli bezpieczeństwa i szukanie w pośpiechu swojego gate’u, dopiero moment ułożenia się w fotelu i dźwięk zapinanego pasa rzeczywiście relaksują, stopniowo przenosząc w wakacyjną rzeczywistość. Kolejno odpoczywamy, śpimy i lądujemy w dalekim porcie lotniczym, gdzie faktycznie poznajemy inny zakątek świata. UWAGA: NIE NA TRASIE DO SEULU! Tutaj egzotykę czuć zdecydowanie wcześniej.

Być może tak akurat trafiliśmy, ale podchodząc do stanowiska check-in z paszportami, mieliśmy wrażenie, że będziemy jedynymi Polakami na rejsie (a lecimy LOT’em). Podobnie też po kontroli bezpieczeństwa, gdy czekaliśmy na wejście do samolotu, kiedy to naszym oczom ukazały się dorosłe panie z podróżnymi poduszkami w kształcie fioletowych chmurek ze śpiącą emotikonką na środku. Następnie trzy lustrzanki w dłoniach jednej, trzyosobowej rodziny… a na pokładzie? Wszyscy mówią po koreańsku, komunikaty załogi też są tłumaczone na ten egzotyczny dla nas język. Znakomicie! Już czujemy się trochę jak w Azji! Chwilę później czas przyszedł na obiad. Poprosiłem o wieprzowinę. Okazała się być przygotowana w zupełnie nieznany, absolutnie pyszny sposób: pełna orientalnych smaków, chrupiąca, mniam! Za chwilę czeka mnie jeszcze azjatycka zupka (podawana z pałeczkami), po którą chodzą tu chyba wszyscy pasażerowie. Ogólnie – wow, zupełnie inna atmosfera, niż na moich ulubionych rejsach do Los Angeles, równie zachwycająca! 🙂

No tak, rozpisałem się, a czas wykorzystać przelot i nadrobić zaległości w przyswajaniu informacji o seulskich atrakcjach. Plan, który przygotowała Marta to jedno, ale jeszcze wypadałoby o tych wszystkich miejscach czegoś się dowiedzieć… więc uczymy się, by nagrywając kolejne odcinki potrafić cokolwiek ciekawego zaprezentować i przedstawić to miasto tak, jak na to zasługuje. Podobno jest rewelacyjne!

Mamy kupiony przewodnik, wydrukowaną mapę i kilka pobranych na telefon aplikacji. Przyswoimy całość i będzie dobrze! Trzymajcie kciuki… 🙂

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: