Seul w 3 dni: zabytki, metro i życie nocne

Atrakcje w Seulu są bardzo różne i dzisiaj się o tym przekonaliśmy. Z samego rana metrem zawieźliśmy się do dystryktu handlowego Dongdaemun, gdzie znajduje się podobno ponad 25 galerii (tych z ciuchami, nie obrazami). Interesujące miejsce, choć mnie nie zachwyciło.

Spodziewałem się ultranowoczesnego dystryktu, pełnego szkła i neonów. Zamiast tego po prostu sklepy: zwyczajne, wizualnie przeciętne, często wręcz starawe. W dodatku nie można na terenie wielu z nich nagrywać filmów, a tym bardziej publikować ich w internecie!! Architektonicznie zachwyca z kolei znajdująca się gdzieś pośród nich wschodnia brama wjazdowa do miasta, z czternastego wieku, wraz z murami obronnymi, które odnowiono i pięknie wkomponowano w futurystyczną, opływową bryłę History and Culture Park. Świetny kontrast dwóch światów.

Następnie odwiedziliśmy miejsce, dla którego Marta tak bardzo chciała tu przyjechać. Niegdyś przez Seul płynęła rzeka, ale z czasem ją zabetonowano, tworząc kolejną szarą drogę dla samochodów. Dziś po autobusach i klaksonach nie ma tu jednak śladu, bo podjęto decyzję, by ponownie ją zrewitalizować i oddać to miejsce naturze. Na przestrzeni wielu kilometrów, środkiem miasta płynie strumyk, obsadzony drzewami. Wygląda to wszystko bardzo nie-miejsko. Nic dziwnego, że tak wiele osób przechadza się wzdłuż nowej seulskiej rzeki, jest świetna! 🙂

Długo szukaliśmy czegoś na obiad, bo trudno w niektórych miejscach o menu po angielsku. W końcu się jednak udało, zasiadlismy nawet na piętrze, przy oknie, z widokiem na pełną pamiątek ulicę. Marta wszamała kultowe tu danie na gorącym kamieniu: ryż, warzywa, mięcho, surowe jajko (niemal wrzące od temperatury parującej jeszcze potrawy), urozmaicone ostrą pastą z chili i odrobiną bulionu na złagodzenie smaku (podawany oddzielnie). Ja coś podobnego jadłem wczoraj, więc dzisiaj porwałem się na smażoną ośmiornicę. W Meksyku była niewyobrażalnie dobra, dziś po prostu dobra 😉 do obiadu podaje się tu darmowe przystawki i nieograniczoną, zmrożoną wodę, więc był to obiad niemal cesarski.

Najbardziej wyczekiwanym punktem dnia była jednak dawna wioska mieszkalna. Myśleliśmy, że to bardziej taki skansen, postawiony dla turystów. Szok i niedowierzanie: w Bukchon Hanok mieszkają ludzie! W drewniano-kamiennych domkach z typowymi azjatyckimi dachami. Dlatego właśnie błądziliśmy szukając jakiegoś wejścia do wioski, jakiegoś biletomatu, bramy, czegokolwiek co wskazywałoby, że jesteśmy na miejscu. W końcu pan z informacji turystycznej wytłumaczył nam, że Bukchon Hanok jest wszędzie wokół nas. Niesamowite miejsce, naprawdę godne polecenia, choć za sprawą wieku wzgórz daje się piechurom we znaki.

Po wizycie w wiosce odwiedziliśmy jeszcze jeden z pałaców, drugi najwyższy rangą w mieście: Changdeokgung. Bardzo ładny, pełny małych, ogrodzonych placyków, tworzących jakby zewnętrzne pokoje całego kompleksu. Tutaj zmarła ostatnia przedstawicielka koreańskiej monarchii, w 1989 roku (czyli niedawno!). Po zwiedzaniu przejechaliśmy się metrem do mieszkania. Prysznice, KAWA, i cała zabawa od nowa.

Około 20-tej wyruszyliśmy na ponowny podbój Seulu. Aż chciałoby się zacytować klasyczne powiedzenie naszych ostatnich wyjazdów: „wow, wow, wow!”. Początek to dawny wiadukt, przerobiony w 2017 roku na deptak dla pieszych. Neony, rośliny, pierwsze „wow”. Następnie spacer (długi) po mieście, w stronę ogromnego dystryktu jedzeniowo-kosmetyczno-ciuchowego. Na oko z milion ludzi zebranych na kilku długich, gwarnych, pachniących genialnym street-foodem ulicach. Jedliśmy sadzone jajo na słodkim cieście (zamówienie Łukasza), krewetki smażone w głębokim tluszczu (wymarzone zamówienie Marty) i wielkie pierogi podobne do gyoza, z wieprzowiną i tradycyjną kimchee. Mówiąc krótko: drugie „wow” tego wieczoru.

Kupując magnesy zapytaliśmy o lokalne piwo. Młody sprzedawca bez wahania wskazał drogę. Nie trafiliśmy. Zgiełk nas przerósł. Udając się jednak w stronę finansowego centrum miasta weszliśmy do typowo młodzieżowej dzielnicy. Mniej turystycznej, bardziej tubylczej. Wczoraj widzieliśmy jak tętni życiem, dziś niestety mniej, bo niedziela, ale piwo MAX, jakie zamówiliśmy, było maksymalnie pyszne. Marcie przypominało jej ulubione, australijskie, delikatne w smaku piwo z rybą-piłą w logo. Mnie niczego szczególnego nie przypominało, ale zachwycałem się nie mniej, niż Marta! Tak więc trzecie „wow”.

Trudno oddać ten klimat zdjęciami. Może dynamiczny filmik poradzi sobie lepiej, więc zapraszam na nasz Instagram: @zLukaszem. Z kolei wszystkie nazwy ulic, miejsc, zabytków obiecuję uzupełnić w filmach na YouTube.

PS.: u nas już drugiego września, więc mamy rocznicę! Jutro z tej okazji… dalej zwiedzamy. 🙂

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: