W 5 dni: Route 66, Wielki Kanion, Vegas i Los Angeles

Pisząc początek tego posta siedzę na pokładzie samolotu, odliczając kolejne godziny do lądowania w Kalifornii. Nie ukrywam, że ten wyjazd rozpoczął się inaczej, niż wszystkie inne. Jest mi źle, po prostu przykro, bardzo… Otóż, z dnia na dzień dysk twardy, na którym miałem zapisane wszystkie (już niemal w pełni zakończone) odcinki drugiej serii zŁukaszem, przestał działać. Okazało się, że to kwestia mechaniki dysku i mimo ogromnego kosztu (ok. 4.000zł), nie ma żadnej gwarancji na odzyskanie danych. Mało tego, przepadły też wszystkie pliki źródłowe nagrane w Meksyku, ale też z poprzedniego wyjazdu do LA, a także połowa filmów z Hawajów. Dla kogoś kto od pięciu lat kompletuje wszystko, by wreszcie utworzyć rzetelną serię odcinków, jest to strata potworna. Całe miesiące pracy na nic. Utracone wspomnienia… Ktoś zapyta: nie tworzyłeś kopii zapasowych? Cóż, dysk był nowy, w teorii ekstremalnie solidny, „do zadań specjalnych”. Właśnie po to go kupiłem, by wszystkie ważne pliki zgrać w bezpieczne miejsce. Zawiodłem się, byłem naiwny i czuję się z tym źle. Niebardzo mam ochotę pisać i cokolwiek dalej nagrywać, ale chyba nie mam innego wyjścia. Nie dałoby mi to spokoju. Na tym może przerwę moją dyęresje i jednak napiszę coś o naszej podróży.

Tym razem zespół liczy pięć osób. Ogólnym celem jest poczuć klimat Drogi 66, Wielkiego Kanionu i Los Angeles. To wszystko, z wieloma przystankami na trasie – w zaledwie pięć dni. Będzie ciężko, to pewne, ale innego wyjścia tym razem nie było. Musimy więc dać radę. I damy radę.

 

Dzień 1: plany, plany, plany…

Dzień pierwszy to wylot z Warszawy przed południem. Lądowanie w Los Angeles zaplanowane jest na 14:40, więc pewnie koło 16:30 będziemy już jechać wyporzyczonym samochodem. Dokąd? Wprost na Route 66. Trasę oficjalnie rozpoczniemy w Downtown Los Angeles, na rogu siódmej ulicy z Brodawayem, gdzie legendarna szosa kończyła swój bieg w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Następnie ją przedłużano i zmieniano bieg, ale to historia na oddzielny wpis. Z każdym kilometrem będziemy oddalać się od centrum miasta, wyruszając w prawdziwie pustynne rejony Kalifornii i Arizony. Taki mamy plan. 

Co z tego planu wyszło?

Trasa faktycznie okazała się intensywna, ale udana równocześnie. Optymalna, taka „w sam raz”, jeśli ktoś lubi być aktywny przez 20 godzin dziennie. Wszystko zaczęło się według planu, od przejażdżki z lotniska, przez centrum Los Angeles i Pasadena do restauracji Sonic (jeszcze z lat pięćdziesiątych!). Tam pan na wrotkach przywiózł nam burgery, a po zjedzeniu pojechaliśmy dalej w stronę pustyni Mojave. Tej nocy po drodze zobaczyliśmy parę fajnych miejsc, związanych z Route 66, by finalnie zrobić zakupy w Walmart i tam też chwilę odpocząć. Ostateczny nocleg (darmowy, jak wszystkie w trakcie wyjazdu!) to parking przy kraterze wulkanicznym Amboy, który znaleźliśmy dzięki aplikacji WikiCamps USA. Warto zaopatrzyć się w takie pomysłowe oprogramowania przed wylotem w podróż, bo naprawdę potrafią ją ułatwić.

 

Dzień 2: samochodem przez Route 66

Kolejny dzień był absolutnie pełen wrażeń. Od wschodu słońca wędrowaliśmy przed siebie Drogą 66, zaliczając kolejne atrakcje. Były to między innymi dawny motel i stacja benzynowa w Amboy, charakterystyczna (kolejowa) restauracja w Needles, niegdyś ważne (a dziś poniekąd zapomniane) miasteczka i mnóstwo świetnych krajobrazów. Najciekawszym postojem był ten w Oatman.

Oatman – bijące serce Route 66.

Zdecydowanie najbarwniejszym punktem na tym legendarnym odcinku Drogi 66 jest Oatman. Po pierwsze, sam dojazd do malowniczej miejscowości jest niezapomniany, gdyż trasa wije się serpentynami po pustynnych zboczach gór. Po drugie, Oatman to pięknie położone, pełne życia miasto-widmo. Niegdyś, za sprawą gorączki złota, była to miejscowość o wysokim znaczeniu. Po wyczerpaniu zapasów złota, miasto po prostu „wymarło”, zamieniając się w jedno z wielu miast-duchów. Renowacja Route 66 (i niewielkie, ale jednak wciąż obecne tu wydobycie różnych kamieni) pozwoliły miasteczku przetrwać. W Oatman znajdziesz darmowe mini-muzeum kopalnictwa, sklepy z pamiątkami, tworzoną na oczach turystów biżuterię, a przede wszystkim… motocykle i osiołki! Okazuje się, że miasteczko jest jednym z najważniejszych przystanków dla easy-riderów, a przechadzające się po tutejszym centrum osły stały się absolutnie niepodważalnym symbolem wioski. Naprawdę niezwykle miejsce, któremu z pewnością poświęcę oddzielny artykuł na stronie. Skoro już polecam i zachwalam, to wspomnę też o restauracji Mr D’z w Kingman, AZ. Zdecydowanie najlepsze burgery, jakie jadłem w USA (może poza tymi robionymi samodzielnie na grillu w trakcie pracy na koloni dla dzieci w Maine…). W kategorii „tani, dobry fast-food” nic nigdy nie pokona żółtej strzały In-N-Out, lecz jeśli ktoś przejeżdża Route 66 przez Arizonę i chce zasmakować w nieco bardziej dopieszczonym cheesburgerze, zajadając całość wyjątkowymi w smaku frytkami i popijając typowo amerykańsko-filmowym shakiem, naprawdę warto tu zajzeć. Jedli tu znani, lubiani, już od lat pięćdziesiątych. Ceny, jak na amerykańskie realia i jakość tego, co otrzymujesz, są niewysokie (zestaw wielkiego cheesburgera z dużą porcją frytek już od $8.95 + podatek).

Koniec podróży po Route 66 i zachód słońca nad Wielkim Kanionem

Około godziny osiemnastej dotarliśmy pod bramę wjazdową Parku Narodowego Wielkiego Kanionu. Zdążyliśmy więc na zachód słońca, który okazał się być oszałamiający. Gra kolorów, jaką zgotowało nam tego dnia pomarańczowo-czerwone słońce, była spektakularna. Cieszę się, że daliśmy radę nagrać choć kilka ujęć, mimo dalszych problemów ze sprzętem (do których już chyba zaczynam przywykać). Następnego dnia postanowiliśmy odwrócić paletę i zamienić kolorami krawędzie wschodnie z zachodnimi. Słońce z rana pada z przeciwnej strony, co daje zupełnie nowy krajobraz kanionu. Ledwie kilka godzin przerywanego snu przy pustynnych -3 stopniach Celsjusza i pobudka o 4 nad ranem absolutnie były warte tych widoków. Na szczęście poprzednim wieczorem udało się wreszcie wyprysznicować gorącą wodą (na terenie campingu w Grand Canyon Village, $2/os.), więc po wschodzie mogliśmy już tylko spokojnie spacerować wzdłuż krawędzi i bez większego pośpiechu zjeść śniadanie z widokiem na kanion. 


Dzień 3: zapora Hoovera i Vegas

Trzeci z kolei dzień podróży to nie tylko wschód słońca nad Wielkim Kanionem. Autostradą pospieszyliśmy w stronę Las Vegas. Po drodze chciałem zrobić Marcie niespodziankę, zabierając ją na farmę alpak, jednak akurat w ten dzień właściciel nie prowadził wycieczek. Udało się z nim zamienić kilka słów i zobaczyć alpaki z daleka. Następnie ponownie obraliśmy kurs na Las Vegas. Zjechaliśmy na parking przy Zaporze Hoovera – niegdyś największej betonowej konstrukcji świata, budowanej w latach trzydziestych, za czasów prezydentury Hoovera i Roosevelta. Co ciekawe, spacerując po tamie natrafiliśmy na toalety – damską i męską. Każda z nich znajdowała się za złotymi drzwiami, wewnątrz tamy, w innych jej częściach (jakby wspornikach, jeśli to jakkolwiek właściwe słowo). Tak więc łącząc pożyteczne z odkrywczym, zobaczyliśmy na swój sposób zaporę od środka, super! Las Vegas z kolei to przejazd przez słynną The Strip, znaną za sprawą dziesiątek hoteli, klubów i restauracji. Wieczorem zawitaliśmy już do North Hollywood, w Los Angeles.


Dzień 4: moje miejsce na Ziemi – Los Angeles.

Powiedzmy sobie szczerze: zwiedzanie aglomeracji liczącej 18 milionów mieszkańców w półtorej dnia NIE JEST dla każdego. Potrzeba naprawdę sporej determinacji, by w tak krótkim czasie zakochać się w tym mieście. Nie mniej, próbowałem pokazać ten skrawek Kalifornii możliwie różnorodnie, bo naprawdę go uwielbiam. Już samo jeżdżenie samochodem po tamtejszych drogach sprawia mi niespotykaną frajdę. Lubię płynąć z innymi w słońcu po autostradach, wijących się wewnątrz tego potężnego miasta. Gdy dany fragment zaczyns się korkować, zjeżdżam rampą na lokalne, miejskie drogi, podążając swobodnie w wyznaczonym kierunku bez zwracania uwagi na mapę, odkrywając miasto z każdym kolejnym skrzyżowaniem. Nigdzie nie czuję się tak pewnie i swobodnie, jak w Los Angeles. Nawet podróżując po Warszawie zastanawiam się, czy dana ulica zabierze mnie tam, gdzie chcę. W Mieście Aniołów zawsze wszystko wychodzi. Z takim właśnie nastawieniem pojeździliśmy trochę po mieście, poznając je z różnych stron. Najpierw szczyt wzgórz Hollywood, który przemierzaliśmy krętą Mulholland Drive, zamieszkałą przez najbogatszych. Widzieliśmy chociażby dom Roberta De Niro, a następnie u podnóża wzgórz, w dzielnicy Bel Air, posiadłość Jay-Z i Beyonce, której Weronika jest fanką. Dom, warty mniej więcej 90 milionów dolarów, posiada kuloodporne okna, garaż dla 15 samochodów i panoramiczne widoki na miasto. Udało się zobaczyć bramę wjazdową i otoczenie posiadłości, lecz niestety Beyonce nie miała tego dnia możliwości wypicia z nami kawy. Może następnym razem?

W międzyczasie, podróżując po wzgórzach, przejechaliśmy przez centrum Hollywood, a finalnie samochód zostawiliśmy na parkingu pomiędzy Venice Beach i Santa Monica Beach. Pół dnia spacerowaliśmy, zaliczyliśmy piwo z nachosami i tacos, spacer brzegiem oceanu, wizytę na molo w Santa Monica (w tym także ostatni sklep na Drodze 66!), a popołudniem zawędrowaliśmy nad kanały Venice i do Beverly Hills. Tam, jak to w centrum Beverly Hills, powzdychaliśmy na widok luksusowych samochodów i drogich torebek, by finalnie uciec do bardziej przyziemnego świata: Hollywood. Grupa rozdzieliła się tam aż na trzy. Sekcja zwiedzająca zwiedzała. Sekcja zakupowa przymierzała ubrania (niestety sklepy zamknęły się zbyt szybko), a sekcja muzyczna wrzucała do koszyka używane CD w Amoeba Music. Całość wspólnie zwieńczona burgerami w In-N-Out. Intensywnie, ale różnorodnie i, mam nadzieję, satysfakcjonująco dla wszystkich. 🙂


Dzień 5: kończymy przygodę z Zachodem USA

Wylot zaplanowany na 16:35 oznaczał dla nas jedno: jeszcze kilka godzin na zwiedzanie! Nie marnując ani minuty, po szybkim śniadaniu znaleźliśmy się pod Universal Studios. Tam zdjęcia pod studiami filmowymi i pamiątki, dużo pamiątek. W tym samym czasie postanowiłem pojechać z Martą na półtorej godzinki do Marshall’s na szybkie, ciuchowe zakupy. Z perfekcyjną synchronizacją czasu ponownie wszyscy spotkaliśmy się na parkingu przy Universal, by następnie pojechać do Downtown – centrum finansowego. Ze względu na godzinę wylotu o zwiedzaniu, jako takim, nie było już mowy. Część Downtown podziwialiśmy zza okna samochodu, zatrzymując się tylko pod Grand Central Market, na Broadwayu. Tam Mateusz z Weroniką dorwali pyszne tacosy z kurczakiem, limonką, kolendrą i zieloną salsą. Zobaczyliśmy jeszcze Bunker Hill i Civic Center z 10. piętra budynku, w którym parkowaliśmy oraz zjechaliśmy dla zabawy kolejką Angel’s Flight (przejazd trwa około minuty, koszt $1/os. płatny przed lub po przejeździe, zawsze przy górnym wejściu/wyjściu). Półtorej godziny opóźnieina samolotu pozwoliło nam jeszcze na spokojnie pochodzić po strefie bezcłowej i przygotować się do lotu powrotnego.

Podsumowanie

Cóż, o całej wycieczce mogę powiedzieć tylko jedno: niezwykle intensywne i różnorodne pięć fajnych dni. Nie obyło się bez problemów, zwłaszcza natury technicznej, ale jakoś je przetrwaliśmy. Samo zwiedzanie odbyło się bez przeszkód i 99,99% planu zostało zrealizowane, co bardzo mnie cieszy, ponieważ przy takiej ilości atrakcji i tak niewielkiej liczbie godzin na miejscu („pięć dni” to w rzeczywistości tylko trzy pełne!), dopięcie wszystkiego wymagało wyjątkowo dokładnego przygotowania trasy, a następnie ogromnej determinacji i współpracy nas wszystkich. Myślę, że możemy być z siebie dumni, bo dokonaliśmy czegoś, co dawniej uważałbym za niemożliwe. Droga 66, Wielki Kanion, Zapora Hoovera, Las Vegas i Los Angeles w niespełna 5 dni? Możliwe! 

Łączna liczba godzin snu: 21h (średnio 5h 15min/noc)

Łączna liczba jazdy samochodem: ok. 45h (średnio 9h/dzień)

 

Wspaniali ludzie

Na koniec chciałbym zauważyć jedną rzecz. W trakcie całej wycieczki spotkałem i spotkaliśmy tak wiele wspaniałych osób, że wymaga to komentarza! Żadna z nich tego nie przeczyta, ale chciałbym dla zachowania własnych wspomnień o nich napisać. Pod pierwszym, historycznym McDonald’s przy Route 66 spotkaliśmy mieszkańca San Bernardino. Zapytał skąd jesteśmy. Następnie czy wiemy jak się robi pierogi. Okazało się, że jego babcią jest Polka, a on sam uwielbia polskie dania. Dopytywał co nas tam sprowadza, do takiej dziury jak San Bernandino. Chciał wiedzieć, czy Polska jest bardziej kolorowa i ładna niż USA, bo tak często słyszy…

Nie sposób też nie wspomnieć o mężczyźnie, który robił bransoletki w Oatman, o przezwisku Thunder. Starszy facet, widać że za kołnierz nie wylewa, typowy easy-rider, który nie pogardzi amerykańskim hard-rockiem. Choć na pytanie skąd pochodzi odparł, że zewsząd i znikąd, bo ciągle się przemieszcza, to teoretycznie Oatman jest mu najbliższe. Za dwa tygodnie wyrusza na Alaskę, dorobić nieco przy połowie ryb. Pytał, jak się żyje w Polsce, czy od czasu upadku PRL wszystko zmierza w dobrym kierunku, czy jesteśmy w pełni wolni. Widać było radość, gdy opisałem, że jest dobrze. W tym samym miasteczku zagaiłem pewną kobietę w sklepie, pytając o liczbę turystów. Opowiedziała mi, że trafiliśmy na luźny okres, a następnie zaczęła opowiadać o tym, co dzieje się w miasteczku podczas zlotu motocyklistów.

Polski akcent ponownie pojawił się w Hollywood, kiedy podczas kasowania kodów kreskowych płyt CD (a było ich sporo, więc udało się zamienić co najmniej kilka zdań ze sprzedawcą) pochwaliłem sklep, mówiąc że takiego miejsca nie ma nigdzie indziej na świecie. Zapytał czy to mój pierwszy raz w Amoeba, a następnie – jak często odwiedzam Kalifornię i skąd pochodzę. Znów okazało się, że polska babcia to dość powszechna osoba w Ameryce. Sprzedawca dał mi darmową, ekologiczną torbę (standardowo kosztuje kilka dolarów) i pozwolił zostawić samochód na parkingu do końca dnia, wbrew zakazom dłuższego postoju.

W Wielkim Kanionie, przy wschodzie słońca poznałem innego pasjonata podróżowania. Tak jak my, wstał rano żeby uchwycić rozświetlający się cud natury. Podszedłem zapytać grzecznościowo o jakąś nic nieznaczącą drobnostkę, z czego rozwinęła się rozmowa na kilkanaście minut. O tym skąd jest, skąd ja jestem, jak przygotujemy się do kolejnych podróży… Opowiedział mi o kanionie, swojej zonie. Wszystko z południowo-karolińskim akcentem, który wytężył mój słuch do granic możliwości. Niby nic, a jak umiliło czekanie w zimnie na słońce…

Korzystając z okazji, napiszę dwa zdania o niezwykle dumnym z tego co robi sprzedawcy w sklepie z ubraniami przy Venice Beach. Starszy pan samodzielnie projektuje pamiątkowe ubrania, sprzedaje je, a następnie robi zdjęcia osobom, które je kupują i wychodzą ze sklepu z uśmiechami. Potem te zdjęcia wyświetla na ekranach w sklepie. Po co to robi? „Bo daje mu ogromną satysfakcję, że to co tworzy sprawia innym frajdę, umila pobyt, pozwala zabrać pewien wycinek atmosfery Venice ze sobą”. Inspirujące.

Na koniec jeszcze ta niezwykle miła pracowniczka lotniska LAX, która pomogła nam podczas odprawy! Po chwilowej rozmowie i pomocy z jej strony, na mój komentarz „you are the best” stwierdziła z uśmiechem: „Przestań, słyszę to już dzisiaj drugi raz. Bo jeszcze chwila i pomyślę, że naprawdę jestem…!”.

No i wszyscy ci, których nie wymieniłem… sprzedawcy w sklepach, na stacjach benzynowych, nawet kierowca autobusu wypożyczalni samochodów. Wszędzie uśmiechy. Jakby pasją kierowcy autobusu lotniskowego była właśnie jazda tym obskurnym lotniskowym autobusem. Zupełnie inne podejście, niż w Polsce. Inna mentalność, otwartość, ukierunkowanie na drugiego człowieka, też klienta. Coś w Polsce trzeba zmienić. I tym miłym akcentem chyba zakończę wreszcie ten post… Dzięki wszystkim za udany wyjazd. Thank you Abdiel and your family for the hospitaly we’ve received.

Pozdrawiam.
Łukasz

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: