Dzisiejszy dzień był niesamowity. Oceniając wrażenia w skali od 1 do 10, zdecydowanie zasługuje na milion i to z plusem. No i żyjemy, a o to też nie było łatwo… Ale po kolei.

Wczoraj po wypiciu darmowej kawy (tak, na głównych drogach takie rozdają. Wolontariat masonów w naszym przypadku. Super ludzie.) kierowaliśmy się na Rockhampton. Tam byliśmy w darmowym zoo. Niesamowite jakie tutaj panuje podejście do życia, obywatela, rodzin… Podejście rządzących na zasadzie „to nasi wyborcy nam płacą, więc jeśli jako burmistrz nawalę to znajdą sobie innego. I przestaną mi płacić. Poza tym wydaję ich, publiczne pieniądze. Skoro tak, to służyć mają im a nie mi”. U nas? W teorii tak samo, w praktyce mamy najdroższy kibel w Polsce, ale dziurę na dziurze na nowym chodniku lub wciąż niewyremontowany rynek. W skali dużego miasta – mamy przekręty przy budowie stadionów na miliony złotych (nasze miliony), ale brak świateł przy bulwarze nad Wisłą przez co strach się tam w nocy pokazać… I nadal wybieramy tych samych ludzi, bo nas do tego przyzwyczaili i kazali przestać się interesować. Tak więc podejście jest tu do wszystkiego inne. I tak Australijczycy, którym wysokości podatków i opłat Polacy mogą zazdrościć, mogą korzystać z darmowych toalet, czasem pryszniców, często grilli na gaz, ogromnych parków wodnych, ogrodów botanicznych, a nawet zoo… All for free. I przechodząc do meritum: takie właśnie zoo odwiedziliśmy. Były krokodyle, kangury, węże, ogromny teren w kształcie planetarium z siatki – po wejściu nad głową pełno egzotycznych dla nas ptaków. Super. Niestety brakowało koali bo robią renowację wybiegu… Po zoo wyruszyliśmy do 1770 (taka nazwa miasta), potwierdzić nasz wyjazd w morze. Mieliśmy płynąć statkiem w głąb oceanu, zatrzymać się na bezludnej wyspie i nurkować z rybami w rafie koralowej. Niestety okazało się, że jest sztorm i żadne rejsy nie wchodzą w grę. Otrzymaliśmy zwrot pieniędzy, pogawędziliśmy z paniami w informacji turystycznej… Wszystko pięknie, ale brakowało rafy, a po to tu przyjechaliśmy. Jedyną opcją było ominięcie sztormu. Tak więc pytanie było jedno – albo władować w to więcej kasy i przylecieć samolotem falami, albo stracić ostatnią okazję. Dzięki Chińczykom i temu jak gospodarka australijska jest od nich uzależniona zarobiliśmy trochę na dobrym kursie i poinformowaliśmy przestraszonym głosem panie w biurze, że się decydujemy. No i dziś rano się zaczęło… Oto punkt po punkcie wyprawy na wyspę Lady Elliot, z dziennika Marty. Miłej lektury! Aha, póki pamiętam… Gdybyśmy w ostatniej chwili (już za odpowiednim skrzyżowaniem) nie zorientowali się, że mamy na nawigacji źle wpisaną nazwę lotniska, znaleźlibyśmy się prawie pół dni drogi od celu… Ale udało się wszystko ogarnąć. A teraz Marta:

– poranek w mieszanych nastrojach
– przyjazd na lotnisko. Nienajgorsza pogoda, ale wieje.
– check-in. Potwierdzenie wcześniejszych obaw, że lecimy sami.
– miły pan mówi, że nie musimy przechodzić kontroli bezpieczeństwa tylko wywoła nas przez mikrofon jak przyjdzie pilot
– ten sam pan podchodzi do nas i informuje, że jeszcze tylko kilka minut, bo słyszy że samolot właśnie wylądował.
– pilot spotyka się z nami i zabiera do samolotu
– okazuje się, że nie lecimy sami. W samolocie jest już kilkunastu pasażerów (samolot leciał z innego miasta, a tu robi przysiadek)
– gwałtowna zmiana wysokości przy starcie. Łukasz się wystraszył
– lot przez chmurę. Pada. Nic nie widać.
– na horyzoncie zaczyna być widać naszą wyspę.
– rundka wokół wyspy, by pokazać ją z każdej strony.
– mega przechylenie samolotu na bok
– nie jesteśmy pewni czy to nasza wyspa, bo nie widać lotniska.
– okazuje się, że będziemy lądować na trawie (jedyny pas startowy na całej rafie)
– pilot zmniejsza obroty silnika prawie do zera. Lecimy jak szybowiec
– gwałtowne podejście awionetki do lądowania i równe gwałtowne przyziemienie na trawie, nawet niezbyt wyrównanej (potem okazało się że były tam nawet elementy rafy…)
– wyjście z samolotu i podział na dwie grupy – tych którzy przelecieli na dłużej lub na jeden dzień.
– oprowadzenie po ośrodku
– powitalny koktajl
– spacer na plażę. Niestety zaczęło lać
– kiepskie nastroje. Smutek i zdenerwowanie.
– dopasowywanie sprzętu do nurkowania (płetwy, gogle, rurka)
– nauka nurkowania z basenie
– przejście na miejsce zbiórki do przejazdu na łódkę.
– oczekiwanie na spóźnialskich z Włoch i Niemiec
– przejazd przez środek pasa lotniska
– przejście na łódkę ze szklanym dnem. Mega zimno.
– Azjata z innej grupy mówi, że jest taka temperatura, że należy pływać w wodzie i najlepiej w ogóle z niej nie wychodzić
– rejs łodzią po lagunie.
– ogromny żółw zaraz obok nas!
– widoczne pod statkiem rekiny, ponoć niegroźne…
– na dnie stara kotwica, chwilę później ogromna ławica ryb
– rafa koralowa jest super, pomimo faktu, że jesteśmy w lagunie wysokie fale i mocne bujanie
– wyczyszczenie gogli płynem przeciwko parowaniu
– ustawienie się na miejscu do nurkowania.
– zepsucie przez Martę maski. Na szczęście na pokładzie jest jedna zapasowa.
– skok do wody. Niesamowite widoki rafy.
– wypogadza się. Jest słońce.
– podziwiamy rafę. Mnóstwo ryb.
– obowiązkowy powrót na łódkę. Zdecydowanie zbyt wcześnie.
– powrót na wyspę.
– gorący prysznic.
– obiad: Ciepła herbata!, ryż i kulki z ryżem, owoce morza (Marta), kurczak (Marta), wyżywa, owoce, deser, kanapki (Łukasz)
– ponowne przebranie się w strój kąpielowy i samodzielny podbój rafy.
– szukanie najlepszego miejsca na nurkowanie. Na plaży – rak/krab/skorupiak.
– w wodzie spotykamy rozgwiazdę, niebieską.
– wchodzimy na teren Coral Gardens (ogrody koralowe) – duży kawał pięknej rafy około 50m od brzegu.
– pływamy wśród ryb. Marta widzi rekina.
– po 40 minutach wychodzimy z wody. Łukasz też widzi rekina, przy brzegu. Ucieka przed nami, więc rzeczywiście jest niegroźny.
– ponowny prysznic, herbata, oddanie kluczyka do szafki na bagaż i kupienie pamiątkowej pocztówki.
– podpis na liście pasażerów i ponowne wejście na pokład samolotu.
– wybieramy najlepsze miejsca – tuż za pilotem.
– start samolotu: Pilot przyspiesza skręcając ostro na pasie, przed wniesieniem się kiwa kolegom na wyspie, samolotem trzęsie niesamowicie i wreszcie w górę.
– podziwianie wyspy i laguny z lotu ptaka. Super pogoda i widoczność.
– pilot zamiast patrzeć na przyrządy, uzupełnia papiery i stuka sobie nogą.
– po chwili zaczyna bawić się telefonem i tak aż do sygnału ostrzegawczego.
– orientuje się, że zostało kilka kilometrów do lądowania.
– przed nami widać pas.
– pilot gwałtownie zaczyna manewrować, wciskać różne przyciski… aż wreszcie ustawił samolot w odpowiedniej linii do lądowania.
– podchodzenie do lądowania i nagły przeraźliwy pisk czerwonej lampki.
– dotknięcie ziemi, tym razem asfaltu.
– komenda pilota „proszę otworzyć tylnie drzwi”
– czytamy wraz z jedną z pasażerek instrukcję otwierania drzwi.
– w końcu się udaje.
– samotne przejście po płycie lotniska do bocznej furtki.
– ostatnie spojrzenie na przepiękne, miniaturkowe lotnisko.

Po drodze na obecny nocleg nawigacja wyprowadziła nas w pole i straciliśmy z pół godziny na samodzielne szukanie nowej trasy. Teraz już jesteśmy gotowi do spania. Jutro kolejna wycieczka.

Autorzy:Łukasz

Komentarze

  1. EB
    19 września, 2015

    Wreszcie jest wpis.Cudownie,już jestem spokojna a u was chyba adrenalina na maksimum. Moje emocje też nie małe ale wolałabym przeżywać te wasze. Czy jutro też takie atrakcj
    e? Czy jest szansa zobaczenia się na skaypie?

  2. f1seazon
    19 września, 2015

    Ło ludzie. Ile atrakcji w ciągu jednego dnia….:D Życzę równe udanych, ale może nieco spokojniejszych, kolejnych dni 🙂

Dodaj komentarz