Rano wyruszyliśmy na Rainbow Beach. Tam szybkie śniadanie i równo o 7:30 wejście do autobusu z napędem na dwie osie. Rozpoczęliśmy wycieczkę na Fraser Island. Czym jest Fraser Island? Jest to malownicza wyspa, blisko stałego lądu. Jest największą na świecie wyspą w całości piaskową. Są na niej wydmy, zatoczki, wysokie piaskowce, najczyściejsze na świecie jeziora i ogromny, niezwykle gęsty las tropikalny. W całości wyrośnięty bez gleby – na piasku. Ewenement na skalę globu. Po wyspie można jeździć jeśli ma się porządne, terenowe auto.

Dojechaliśmy do przystajni promu. Kierowca-przewodnik zaparkował autobus, a po około dziesięciu minutach na oceanie, wyjechał na piaski Fraser Island. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut jechaliśmy po plaży. Wodą i piaskiem. Dotarliśmy do super zatoczki, a potem wraku statku. Niesamowity. Następnie piaskowce, które tworzyły się tutaj od 700 tysięcy lat. Po prawie godzinie drogi przez dżunglę dotarliśmy do jeziora McKanzie. Woda bajecznie czysta. Dosłownie przezroczysta!

My pływamy podczas gdy Rob – przewodnik robi lunch. O 12:35 zaczynamy jeść. Ja steka, Marta rybę – pycha. Podczas obiadu Rob zainteresował się Polską i od tego czasu nasi towarzysze podróży mieli dwie wycieczki w jednym. On mówił tyle ile musiał na temat wyspy, a każdej wolnej chwili wypytywał o Polskę i mówiłem ja. Sporo wiedział – o obozach niemieckich, o polskich emigrantach w Anglii, sam zapytał czy to w Polsce jest Kraków. Rozmawialiśmy o tym co się aktualnie dzieje w Europie, dlaczego tak mało w Australii Polaków i Australijczyków w Polsce, o filmach wojennych, o jego podróży po Europie i tym jak bardzo nie lubi wielkich miast (woli naturę), a przede wszystkim – o piwie. Próbował w Niemczech Tyskiego i do dziś to jego ulubione piwo. Chcemy mu z Martą przesłać jedno 🙂

Podczas obiadu szybko okazało się, że nas polubił bo gdy zostało trochę steków to nas pierwszych namawiał żebyśmy brali bo inaczej je wywali. Tak więc czuliśmy się dopieszczeni 😀 do tego zimne piwo, wino, melon, ananas… Super.

Po obiedzie wyszliśmy do lasu tropikalnego. Tam Polską zainteresowali się też Kanadyjczycy. Widzieliśmy rzekę z równie czystą co w jeziorze wodą, ogromne drzewa i mnóstwo paproci. Podczas powrotu do przystajni znaleźliśmy psa dingo (już drugiego dzisiaj), a na promie dokończyliśmy ciastka, które zostały z porannej przerwy na herbatę. Przed pożegnaniem zrobiliśmy sobie w trójkę zdjęcie. Teraz jesteśmy na kolejnym parkingu. Czytałem opinię, że grasuje tu ogromny Huntsman (pająk mylony przez swój rozmiar z krabem) lecz póki co go nie ma. Na wycieczce za to widziałem 3 cudne pająki typu Cross Spider – w toalecie. Czytałem o nich, są naprawę niesamowite i o dziwo – niegroźne. Wyglądają jakby miały tylko 4 nogi, idealnie skrzyżowane. Po wnikliwym spojrzeniu widać jednak, że są one ułożone parami, a rozdzielają się dopiero na końcu. Sieć też tworzą na wzór krzyża, lecz dzisiejsze jeszcze jej nie miały uformowanej… Ciekawostki o pająkach są najlepsze! 🙂

To tyle. Jutro przytulamy koalę.

PS.: Poniżej filmik. Takie urozmaicenie obiadu w tropikach…

Komentarze

  1. B.M.
    20 września, 2015

    Jestem pod ogromnym wrażeniem… To co widzicie i przeżywacie – brak słów. I te nowe znajomości. Bezcenne. Może tylko nie fundujcie nam już takich nerwów jak te z awionetką w czasie sztormu 🙂 ale bloga po tych przygodach czytało się rewelacyjnie !
    PS
    Łukasz. Jak widzę w Twoim przypadku podróże kształcą podwójnie. O pająkch będziesz mógł napisać podręcznik 😀
    Całuję, papa

Dodaj komentarz