Nic się od zeszłego roku nie zmieniło. Najcięższy tydzień po woli zbliża się do końca, ale jakoś wydaje się być przyjemniej, niż ostatnio. 4 lipca to niewypał i to dosłownie, bo przez jakiś huragan na Florydzie padało i nie mieliśmy pokazu sztucznych ogni. Zrobili go kilka dni później, ale szału nie było.

Dziś mam dzień wolny, Marta też. Dlatego w nocy przyszliśmy oglądać filmy, ale Marta zasnęła jeszcze przed wyciągnięciem laptopa… Ale zjedliśmy Totopos z sosem Salsa, co razem oznacza danie o nazwie „Nachos” 🙂 To widać na zdjęciu nr 1.

Kolejne zdjęcie to ściana z wymienionym całym support staffem. Każdy ma narysowane to, co lubi. Polakom (Marcie i mi) narysowali jeszcze „wszczsz”, bo nabijają się że tak brzmi nasz język.

Zdjęcie nr 3: dwa bidony. Pierwszy to taki zwykły, ale drugi bardzo fajny. Kupiłem w pobliskim sklepie o nazwie „rzeczy znalezione” 😀 Meksykanie uwielbiają takie zakupy. Widać też czapkę z Los Angeles, w której pracuję, i która powoli staje się brudna i czeka na przyszłoroczną wymianę na nową.

Kolejne dwa zdjęcia to mini-tripod na aparat. Świetna rzecz. Na pierwszym obrazku trzyma moje dx2.

Na koniec Guarace (nie wiem, jak się to piszę) – sandały zrobione ze skóry krowy i opony. Takie Alonso obiecał mi wysłać. Uwielbiam je!

Autorzy:Łukasz

Komentarze

Dodaj komentarz