Wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Wrażeń i alkoholu, ale o tym potem. Ivan miał urodziny, więc dzień zaczęliśmy od śniadania z mole i tortu. Następnie wyruszyliśmy na miasto. Już parę metrów za domem poczuliśmy atmosferę święta zmarłych w klimacie meksykańskim. Spotkaliśmy dalszych sąsiadów, przebranych za kościotrupy. Podróż do centrum, choć długa i dość kosztowna, przebiegła całkiem sprawnie.

Zaczęliśmy od pomnika przedstawiającego czasy rewolucji. Następnie wystawy kościotrupów “Katrines”, ale też jedzenie specjalnego chleba na to święto zmarłych. Warto tu zaznaczyć, że meksykańskie obchody to mikstura wierzeń azteckich i katolickich. Co ciekawe, nie tylko zaaprobowana przez Kościół, ale też praktykowana przez księży. W kościołach znajdziemy czaszki, kwiaty, ołtarze z ulubionymi słodyczami zmarłych, czasem alkoholem. W mieście z kolei totalne szaleństwo: wszędzie wesołe umarlaki. Można kupić figurkę kościotrupa-gitarzysty, kościotrupa-motocyklisty, czy chociażby kościotrupa-striptizerki.

Wjechaliśmy na szczyt wieżowca, swego czasu najwyższego w Ameryce Łacińskiej. Ma 182 metry. Na ulicy, którą Ivan nazywa meksykańską Floriańską, Marta kupiła ładną sukienkę. Chociaż przymierzanie trochę zajęło… Gdy doszliśmy na tutejszy główny plac, podobny do rynku, doznałem szoku widząc ogrom powijającej na środku plaży. Gigantyczna!!! Zazdroszczę Meksykanom takiego miejsca. Tutaj też oglądaliśmy tańce Azteków.

Odwiedziliśmy jeszcze kilka miejsc. Wszędzie dużo motywów związanych z tutejszym świętem. Co najważniejsze, na koniec poszliśmy do knajpy z muzyką na żywo. Mariachis, ale też inne zespoły. Jedni grali tylko dla nas!!! 🙂 do tego tequilla, piwko, Marta miała drinka – super. Na koniec dnia odwiedziliśmy stand z lokalnym jedzeniem i targ z kwiatami na dzień zmarłych. Dzisiaj muzea, zwłaszcza muzeum antropologii. Zaraz wstajemy, kompani już budzą się do życia…

 

Komentarze

Dodaj komentarz