W poniedziałek odwiedziliśmy jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Los Angeles. Jak zwykle, z około godzinnym opóźnieniem dojechaliśmy do Universal Studios. Universal to jakby prywatne miasto, w całości zaprojektowane przez największa firmę rozrywkową świata. W jego skład wchodzi pasaż handlowy, biura, studia filmowe oraz niesamowity park tematyczny. Za 84 dolary (uff, jak dobrze, że mamy kartę go Los Angeles…) można przenieść się na dobre za szkło telewizora do świata najpopularniejszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. W parku zamiast rollercoasterów, witają nas prawdziwe studia przerobione na atrakcje turystyczne w stylu: przejażdżka z Simpsonami, Transformers, Shrek 4D, wodny zjazd w Jurrasic Park oraz pokazy aktorstwa i efektów specjalnych. Trzebaby pisać godzinami, a i tak nic nie oddałoby atmosfery, którą tam czuliśmy. Nigdy na oczy nie widziałem czegoś tak perfekcyjnie zaplanowanego. Park powalił nas na kolana i wszyscy stwierdziliśmy, że Europa to BARDZO tandetna podróbka Stanów (w zakresie rozrywki, rzecz jasna). Według Marty i mnie, najlepsza w parku była podróż specjalnym pociągiem przez aktualnie wykorzystywane studia. Oprócz zwykłego zwiedzania, park zafundował nam taką dawkę niespodzianek w postaci efektów specjalnych, że nie zapomnę tego do końca życia. Czułem się jak nigdy wcześniej. Marta też.

Wczoraj czas przyszedł na zmianę coucha. Po 5 dniach z rewelacyjnym Johnattanem, przenieśliśmy się w inną część miasta, do Glendale. Nowy gospodarz jest niesamowicie troskliwy i przyjazny. Wczoraj podwiózł nas na metro, skąd wyruszyliśmy na plażę. W LA jest kilka plaż: Malibu- luksusowa, spokojna, oddalona od miasta. Santa Monica- najbardziej znana wśród turystów. Szerokie plaże, park rozrywki na molo, droga. Manhattan Beach – oddalona, mniej popularna, oraz VENICE BEACH, czyli druga co do popularności, szeroka, gorąca plaża, którą wyróżniają ludzie. To, co na Santa Monica uznane byłoby za 'niepoprawne', w Venice sprzedaje się najlepiej. Stąd show jazdy na wrotkach przez starego jak świat dziadka, zawody w podnoszeniu ciężarów, rozbijanie butelek przez pijanego bezdomnego (to było coś 😀 ) oraz leczenie wszelkich chorób w oficjalnym szpitalu marichuany…

Dla nas Venice to oglądanie pokazów, rozwiązywanie zagadek lateralnych na pięknej plaży i podziwianie palm. Ja wskoczyłem do Pacyfiku i czułem się najlepiej, jak było to możliwe. Przeszliśmy się deptakami na Santa Monica, obiad w Taco Bell i w przypływie chęci zaznania luksusu: wyjazd do Beverly Hills. Na kolana powaliły nas tamtejsze samochody… Jak na jakiś zwariowanych targach motoryzacyjnych!

Tak minęły nam 2 dni. Dziś: Hollywood z kartą 'go LA'. Niestety zdjęć wiele nie ma, bo tylko te z telefonu. Nie mamy wifi, więc ciężko dodać inne.

Pozdrawiamy z Miasta Aniołów!

Komentarze

  1. MattF1
    21 sierpnia, 2013

    Ostatnie zdjęcie – GTA 🙂

  2. B.M.
    22 sierpnia, 2013

    Fajnie czyta się te Twoje posty. Mimo, ze dozo rozmawiamy telefonicznie i o większości nam opowiadałeś, to z niecierpliwością czekamy na każdy nowy wpis. Jednak, gdy się czyta, to naprawdę włącza się wyobraźnia. Pisz jak najwięcej !!!
    Teraz kończę, bo przyszła ciocia Dorota. Nara.

  3. D.K.
    23 sierpnia, 2013

    Cześć podróżnicy!Naprawdę jestem pod wrażeniem.Łukasz piszesz o miejscach,o których tyle razy czytałam i to niesamowite że oglądasz je na żywo.Coś pięknego.Nie wiem czy możliwe jest przekazanie nam tylu wrażeń-chyba będziesz musiał załatwić sobie „dziekankꔿeby nam to wszystko opowiedzieć i pokazać te tysiące zdjęć.Perfekcyjnie zorganizowaliście sobie tę podróż.Buziaki dla Ciebie i Marty!!!

  4. miras
    23 sierpnia, 2013

    Łukasz jestem chory trochę weź dla mnie lekarstwa z tego szpitala o którym piszesz 🙂 pozdrawiamy!

Dodaj komentarz