Aloha!

To będzie długi wpis, ale też sporo się w ostatnich godzinach działo. Do tego stopnia, że wczoraj wieczorem brakło już sił na pisanie bloga – stąd opóźnienie, za które przepraszam. Mówią, że na Hawajach każda wyspa jest inna i wyjątkowa. Już po pierwszych sekundach lądowania możemy to potwierdzić. W Honolulu (wyspa Oahu) samolot obniżał swój lot nad wielkim portem Pearl Harbor i bazami lotnictwa, a następnie pięknymi palmami i plażami. Z kolei przed dotknięciem nierównej drogi startowej lotniska Kona (wyspa Big Island) przelecieliśmy nad zwałami zastygłej lawy, surowej i groźnej.

Kona Airport – lotnisko na lawie

Lotnisko KOA jest tak tropikalne i oryginalne, że aż niewiarygodne. Małe, drewniane, połączone ze sobą altanki to “hale” odpraw, kontroli bezpieczeństwa, odlotów, przylotów… Bez zbędnych ścian wokół, wszędzie świeże powietrze, gra hawajska muzyka, a bramką wejściową na płytę lotniska i do samolotu jest podwyższona furtka między palmami. Wypożyczenie wcześniej rezerwowanego samochodu na lotnisku odbyło się błyskawicznie i już parę chwil później zawitaliśmy do Walmartu, po zapasy jedzenia i picia. Sześciopak lokalnego piwa pszenicznego z marakują okazał się być bardzo orzeźwiający 🙂 O zachodzie słońca zawitaliśmy na pobliską plażę. Na nasze niezwykłe szczęście, akurat odprawiano tam pierwsze urodziny jakiegoś hawajskiego bobasa. Nie wiemy, czy wśród zaproszonych byli jeszcze jacyś turyści, ale wtedy nie przyszło nam do głowy, że być może była to impreza zamknięta. Gospodarze grali hawajską muzykę, przemawiali przez mikrofon w ludowym języku (wcale nie tak często spotykanym!!), a my zrobiliśmy serię dobrych zdjęć i filmów. Palmy, ocean, pomarańczowe niebo – było naprawdę pięknie. Lepiej przygody ze zwiedzaniem Hawajów chyba nie mogliśmy rozpocząć.

plaża na hawajach

Airbnb na Hawajach – specjalna zniżka

Wchodząc do wynajętego domu (Airbnb) trochę się przeraziliśmy. Byliśmy z właścicielką umówieni na zostawienie nam kluczy w tajnej, magicznej, trudno dostępnej dla niewtajemniczonych skrytce (pod wycieraczką). Problem polegał na tym, że dom posiadał spory podjazd, kilka garaży, cały usytuowany był na gęsto zalesionej działce, wśród palm i tropikalnych krzewów… Na pierwszy rzut oka ciężko było znaleźć drzwi. Czuliśmy się jak włamywacze, wchodząc w głąb niedoświetlonej posiadłości, ale w końcu faktycznie odnaleźliśmy upragnioną skrytkę. Po otwarciu drzwi ponownie czuliśmy się przerażeni. Dom był ogromny (i piękny…). Prawdziwa willa z widokiem na ocean, pełna przestrzeni w środku. Nie wiedzieliśmy gdzie iść. Szukaliśmy przeznaczonego nam pokoju, świecąc kolejne światła i otwierając kolejne drzwi. Trochę dziwne uczucie włamywać się do wcześniej rezerwowanego i opłaconego pokoju, ale najważniejsze, że misja zakończyła się sukcesem. Zjedliśmy tosty z jajkiem sadzonym, wzięliśmy prysznice, piwko i po dziesiątkach godzin na nogach – położyliśmy się spać. W tym miejscu warto dodać, że w pokoju znajdował się list z podziękowaniem za dokonanie rezerwacji. W nim właścicielka zachęcała nas do korzystania z kuchni, bilarda na tarasie, właściwie wszystkiego, czego chcieliśmy. Taki nocleg cieszy podwójnie, gdy pomyśli się o jego cenie! Dzięki tej zniżce, jedna doba kosztuje mniej więcej tyle, co tani hostel.

Zwiedzamy atrakcje Big Island

Pobudka wcześnie nad ranem. Wyjazd około szóstej. Chcieliśmy wyjechać jak najszybciej, by zobaczyć jak najwięcej. O dziwo wyspani weszliśmy do samochodu z hawajskim kwiatkiem w Marty włosach i wyruszyliśmy na północ, trasą usytuowaną na znacznej wysokości i zapewniającą wspaniałe, panoramiczne widoki na ocean i miejscowość Kona. Wcześniej przygotowane śniadanie postanowiliśmy zjeść u stóp wulkanu Mauna Kea. Na wysokości porównywalnej zapewne do Giewontu było zimno, mimo świecącego nad bezchmurnym niebem słońca. Z każdą kolejną przejechaną milą zmieniał się krajobraz. W zaledwie paręnaście minut przebiliśmy się przez kilka stref klimatycznych, oglądając choinki, palmy, niskie krzewy, surowe skały, a nawet tereny przypominające sawannę. Na wysokości 2800 metrów zatrzymaliśmy samochód. Dalej mogły podążać tylko osoby z przepustkami. Sam szczyt wulkanu, o wysokości ponad czterech kilometrów (nie licząc ogromnej części podwodnej) jest biały od sporej ilości śniegu. Zjeżdżając z góry ku oceanowi i miejscowości Hilo, minęliśmy potężne pola zastygłej lawy. Oczywiście, nie mogło zabraknąć krótkiego spaceru i zdjęć na tle tak surrealistycznego dla nas pejzażu.

Coconut Island to niewielka wysepka w Hilo, którą odwiedziliśmy po drodze. Nie ma w niej nic specjalnego, ale brakuje też powodów, dla której jej zobaczenie możnaby odradzać. Gdy stawialiśmy na niej stopy, było prawdopodobnie około godziny dziesiątej, a temperatura już zaskakiwała. Gorąco!!! Wtedy właśnie po raz pierwszy problemy miał nasz aparat. Zawieszał się i nie potrafił zresetować. Wyciągnięcie i ponowne włożenie baterii skutkowało ponownym zawieszeniem i wyłączeniem na dobre, na kolejnych parę minut. Ale pojechaliśmy dalej.

Park Narodowy Wulkanów Hawajskich – najważniejsza atrakcja na Hawajach!

Najważniejszym i najbardziej niezwykłym miejscem, jakie było nam dane odwiedzić w tym dniu okazał się sam Park Narodowy Wulkanów Hawajskich, a konkretnie – obszar bodaj najintensywniej aktywnego wulkanu świata – Kilauea. Zanim jednak żar wnętrza ziemi uderzył nas swym gorącem, obowiązkowo odwiedziliśmy drewniany budynek, pełniący funkcję galerii lokalnych wyrobów. Marta kupiła sobie śliczną bransoletkę z bazaltem. Wokół niewysokiego szczytu wulkanu wyznaczono kilka szlaków. Niestety, w maju 2018 wulkan uaktywnił się i przez kolejnych kilka miesięcy pluł lawą, niszcząc 700 domostw i zmieniając krajobraz okolicy na zawsze. Dlatego, tylko jeden szlak został udostępniony turystom. Pozostałe, prowadzące ku krawędzi krateru, wyznaczono w miejscach, gdzie obecnie stężenie niebezpiecznych dla człowieka gazów jest zbyt duże, stąd minie jeszcze trochę czasu, zanim ponownie zostaną otwarte. Mimo to, widzieliśmy z bliska oddalone od krateru ujścia kłębów wulkanicznej pary. Co chwilę przy szlaku widać było dziury w ziemi, z których wydobywał się gorący dym o specyficznym zapachu. Marta zwróciła też uwagę na pełne gipsu, siarki i żelaza, kolorowe skały. Gdy okrążaliśmy park samochodem, natknęliśmy się na kolejne pola lawy i zamknięte przez nie drogi, a po zjeździe ze zbocza szerokiego wulkanu – miejsce styku lawy i oceanu, co chwila rozrastające się i powiększające obszar wyspy. Nie zabrakło też ponownych problemów z aparatem, przybrzeżnego łuku skalnego i dawki serpentyn. Tych jednak najwięcej było przy wjeździe na trzeci w tym dniu wulkan – Mauna Loa – najmasywniejszy na świecie.

Problemy z aparatem. Chyba jest zbyt gorąco…

Mimo że samochodem z napędem na jedną oś wjechać można tylko do połowy jego wysokości, a na kolejne 12 godzin wędrówki pieszej nie było czasu, postanowiliśmy ponownie wycisnąć maksimum z naszego wypożyczonego Hyundaia. Dwukierunkową, a mimo to jednopasmową, krętą, podziurawioną drogę można chyba nazwać ekstremalną. Ale było fajnie. Widoki o dziwo nie zachwycały, ale przygoda super. Tam niestety aparat finalnie postanowił się z nami pożegnać. Prawdopodobnie matryca przegrzana do czerwoności. Naprawa dopiero w Polsce… Nie muszę chyba mówić, jakież zdenerwowanie mnie ogarnia z tego powodu. Ale cóż, jesteśmy na wakacjach. Staramy się nie przejmować. Postaramy się zaradzić temu problemowi już w Honolulu. Być może kupimy nowy telefon, który udźwignie ciężar odpowiedzialności i zrobi nam jakieś ładne zdjęcia, na pamiątkę. Nasze obecne kompletnie się do tego nie nadają…

Przesyłając ten wpis, zbieramy się do wyjścia z lotniska – ponownie już tego w Honolulu, po locie powrotnym z Kona. Dziś rozpoczynamy zwiedzanie wyspy Oahu, najsłynniejszej na Hawajach, odwiedzanej przez miliony turystów z całego świata.

Zdjęcia z parku narodowego i ponownie, lotniska w Kona:

 

Zobacz nasz odcinek o tym dniu na YouTube:

 

Komentarze

  1. Dorota
    23 października, 2018

    Kolejna cudowna podróż piękne miejsca a ja jak zwykle z dużą radością czytam Twoje wpisy Łuki. Pozdrowienia dla Marty. Czekam na następne opowieści

Dodaj komentarz