Aloha!

Dzisiejszy dzień nigdy się nie zaczął, a wczorajszy – nie zakończył… Po noclegu na lotnisku, wczesnoporannym samolotem, wyruszyliśmy w drogę na Hawaje. Wcześniej jednak przeżyliśmy kilka godzin spacerowania po tym ogromnym kalifornijskim porcie lotniczym (od teraz możemy oprowadzać wycieczki po chyba wszystkich terninalach LAX!), a także pyszny cheeseburger i donutsy z Dunkin’ Donuts. Jednak do zapowiadanych wcześniej in-n-out i Randy’s się nie wybraliśmy.

hamburger na lotnisku LAX

Nasz burger na lotnisku w Los Angeles!

Przelot na Hawaje

Sam lot na Hawaje linią United przebiegł bardzo sprawnie. Jako pracowników zaprzyjaźnionej z nimi linii, nie obowiązywały nas dość surowe restrykcje bagażowe i za nadanie walizki nie musieliśmy zapłacić ani centa. Miła niespodzianka 🙂 Co prawda, liczyliśmy na nieco więcej, niż słodkie, kruche chipsy na pięciogodzinnym rejsie, ale nieważne – nadrobimy jedzeniowo po wizycie w Walmarcie! Nie mogę w tym miejscu pominąć dwóch istotnie pozytywnych rzeczy. Numer jeden – stewardessy miały na tej wyspiarskiej trasie włosy związane kwiatem orchidei, co wprawiało od razu w wakacyjny nastrój. Numer dwa – widoki na moje kochane Los Angeles….!!! Lecąc rok temu do Meksyku, było tak pięknie, że nie potrafiłem się emocjonalnie otrząsnąć (naprawdę, Marta świadkiem.) Tym razem – inaczej, a zarazem podobnie… Zaraz po starcie oczom ukazała się Marina del Ray ze swym szerokim kanałem dopływowym, a na północy – Venice Beach, Santa Monica, Culver City i Beverly Hills, z ich nowoczesnymi zabudowaniami. Za tym wszystkim wzgórza… Najpierw pierwsze pasmo, a po chwili wznoszenia – pełna studiów filmowych Dolina San Fernando i kolejne wzgórza, jedno po drugim. Nieopodal słynnego molo z lunaparkiem delikatnie zmieniliśmy kurs, samolot przechylił się delikatnie, a tym samym widok na plażę Santa Monica okazał się być dosłownie idealny, absolutnie zapierający dech. W dodatku to wszystko przy pełnym, porannym słońcu i zupełnie bezchmurnym niebie. Nadpacyficzną szosę numer 1 odprowadzaliśmy jeszcze długo, aż za Malibu, wspominając wspólne po niej wędrówki – tak te z poznańskimi chłopakami, w 2013 roku, jak i w rodzinnym gronie, kilka miesięcy temu.

Lądujemy w Honolulu, wśród pięknych widoków

Lądowanie na Honolulu wyglądało równie cudownie. Widzieliśmy całą zatokę Pearl Harbor, strzeżoną przez liczne okręty, lotniska, myśliwce na asfaltowych płytach i piękny (!!!) ocean, plaże, hotele… Jedyna szkoda, że nie siedzieliśmy przy oknie, więc nie dało rady nagrać dobrego filmu. Ten rejs był wyjątkowo filmowy!! Ale mamy jeszcze kilka okazji 🙂

Po wylądowaniu w Honolulu nie zakończyliśmy przygody z lataniem. Kolejnych parę godzin, na kolejnym lotnisku i zaraz ruszamy na Wielką Wyspę, pełną ławy, wulkanów i surowych pejzaży. Lot z HNL (Honolulu) na port KOA (Kona) ma potrwać dokładnie 48 minut – cóż za dokładność! Aż chciałoby się powiedzieć “sprawdzam”.

Wieczorem wypożyczamy auto, jedziemy po zakupy, może jakaś szybka plaża i wreszcie, po niemal dokładnie 38 godzinach (liczonych jako spędzone wyłącznie na lotniskach i w powietrzu), idziemy się wyprysznicować, przebrać i spać… Jutro nowy, długi dzień. “Nowy księżyc, nowe słońce”, jak śpiewał Xavier Rudd, w swoim doskonałym “Follow The Sun”…

PS.: kolejny wpis załączę dopiero jutro, naszym wieczorem. Pozdrawiamy!

Komentarze

  1. Kamila
    21 października, 2018

    Pozdrawiamy i życzymy niezapomnianych wrażeń!!! Czekamy na zdjęcia!!! Dużo zdjęć?

Dodaj komentarz